Aktualności

09-08-2019-17:03:00

30 lat... Turbo – „Ostatni wojownik”

Fragment okładki omawianej płyty

Podziel się na facebooku!

Trzy dekady temu ukazał się album, który na zawsze wrył się w historię polskiego metalu – „Ostatni Wojownik” polskiej legendy, zespołu Turbo. Warto przybliżyć okoliczności powstania tej płyty i przypomnieć sobie, że swego czasu ostro namieszała, a w pewnym momencie mogła także (jej anglojęzyczna wersja) zapewnić naszym rodakom niesamowity sukces. Dlaczego się nie udało?

Turbo to kapela, która właściwie od samego początku swojej aktywności miała potężny wpływ na kształtowanie się standardów na - wówczas jeszcze stosunkowo ubogiej – polskiej scenie. Pierwsza płyta Turbo, „Dorosłe Dzieci” ukazała się w 1982 roku i została pozytywnie przyjęta przez krytyków muzycznych, a w konsekwencji podbiła serca fanów ostrzejszych brzmień z racji umiejętnego połączenia hard rocka i NWOBHM (New Wave Of British Heavy Metal).

Wielki sukces debiutu poznańskiej załogi paradoksalnie nie przełożył się tak jak powinien na sukces samego zespołu i jego wizję własnego stylu. Wytwórnia usilnie naciskała na muzyków, aby stopniowo wycofywali się z klimatów heavymetalowych i skupili się na radiowym, komercyjnym graniu.  Piętno takiej presji nosi drugi album zespołu, „Smak Ciszy”, który jakkolwiek został przyjęty całkiem nieźle to sami muzycy Turbo nie wspominają tego okresu najmilej, bo nie chcieli po prostu grać rocka. Musieli zręcznie przemycać metalową nutę do stricte rockowego albumu. Wojciech Hoffmann nazwał później ten czas „okresem błędów i wypaczeń”.

Przełom stylistyczny nadszedł wraz z kolejnym wydawnictwem, „Kawaleria Szatana”, gdzie Turbo pokazało swoje brutalne, czysto metalowe oblicze. Heavymetalowe galopady z „Kawalerii” to był strzał w pysk polskich fanów metalu – strzał, który przyjęli z wielką ochotą. Płyta po dziś dzień jest zaliczana do kanonu najlepszych płyt metalowych w polskiej historii. Sukces był ogromny – kontrakt z Metal Mind Productions, świetnie przyjęte występy na Metalmanii – Turbo znajdowało się na fali wznoszącej i właśnie chyba w jej szczytowym okresie został wydany „Ostatni Wojownik”.

Nagrana w 1987 roku płyta była logiczną kontynuacją stylu wypracowanego na poprzedniku – dynamicznych wokali (Kupczyk), świetnych heavy-thrashowych riffów (Hoffmann, Łysów), rozedrganego basu (Rutkiewicz) i szaleńczych galopad perkusyjnych. Tutaj warto odnotować, że „Ostatni Wojownik” był debiutem w szeregach Turbo perkusisty, Tomka Goehsa.

Trwający ponad trzy kwadranse album składał się z zaledwie 6 utworów, ale w żadnym wypadku nie był to problem. Dynamika samych piosenek i ich przebojowość („Bogini chaosu”, „Miecz Beruda”) zachwyciła krytyków i fanów cięższego grania.

Bardzo często w recenzjach „Ostatniego Wojownika” porównuje się stylem do pierwszego albumu Metalliki. Osobiście uważam, że to skrajny przykład dyletanctwa muzycznego i braku osłuchania w gatunku. Oprócz klasycznego wówczas w heavy/thrashu szybkiego grania na instrumentach nie ma tutaj punktów wspólnych. Turbo na „Ostatnim Wojowniku” to rasowy speed-thrash metal, podczas gdy „Kill’em All” Metalliki to czysty NWOBHM wymieszany z thrashem.

Płycie Poznaniaków znacznie bliżej stylistycznie do dokonań niemieckiego Destruction i pierwszych albumów ich rodaków z Angel Dust. Wówczas sławę za wielką wodą zdobywała Sepultura i to do niej porównywano „Last Warrior” – anglojęzyczną wersję czwartego albumu Turbo.

Ta została wydana rok po premierze naszej, polskiej wersji, przez wytwórnię Noise Records. Tutaj dochodzimy do małego zawirowania -  otóż pomimo tego, że „Ostatni Wojownik” został nagrany w 1987 roku to pojawił się w sprzedaży dopiero dwa lata później. Angielska wersja już w 1988 roku mogła dotrzeć do uszu zachodnich słuchaczy. I tutaj dochodzimy do mało znanego momentu przełomowego w historii Turbo. Momentu, który mógłby zapewnić naszym rodakom rozpoznawalność, jaką wiele lat później cieszy się np. Behemoth czy, ciut wcześniej, Vader.

Sukces „Last Warrior” był potężny – zachodnioeuropejscy krytycy byli zachwyceni! Ich uszom ukazała się kapela, która bez jakichkolwiek kompleksów mogła śmiało rywalizować z ówczesnymi tuzami gatunku. I to właśnie z jednym z takich Turbo udało się na trasę koncertową – mowa o Kreatorze, niemieckiej legendzie dowodzonej po dziś dzień przez Mille’a Petrozzę.

Petrozza był pod wielkim wrażeniem naszych rodaków. Wojtek Hoffmann powiedział, że ekipa Kreatora była bardzo przyjacielska i nawet pożyczała sama z siebie sprzętu. Zespoły naprawdę się polubiły. Sam Petrozza wspominał, iż bardzo żałuje, że zapoznał się z muzyką Turbo dopiero podczas wspólnej trasy na Węgrzech, ponieważ Kreator miał już w USA zablokowaną trasę, gdzie zagrał niemal pół setki świetnych koncertów. Niemcom wydatnie pomogło to w zdobyciu międzynarodowej sławy.

Strach pomyśleć, jak odebrałaby naszych mistrzów heavy-thrashu z Turbo amerykańska publika. Ryzykuję stwierdzenie, że sukces byłby tak wielki, że po prostu Hoffmannowi i spółce nie opłacałoby się wracać do naszego siermiężnego PRL-u.

Tym bardziej, że przedsmak świata Zachodu Turbo polizało podczas rejestracji „Last Warrior”. Płyta była nagrywana w studio w Berlinie Zachodnim i jak opisywał to po latach Hoffmann – był to inny świat. Inne samochody, kolorowe witryny sklepowe, pociągi, a nawet… sex shopy.

 „Last Warrior” była pierwszą anglojęzyczną płytą Turbo nagraną pod egidą Noise Records. Świetna wytwórnia miała już w swoich szeregach tak uznane marki jak : Helloween, Saint Vitus czy legendarny Celtic Frost. Wizyta na „Zachodzie” przysłużyła się także samym muzykom. Po powrocie nabrali przekonania, że nie odstają umiejętnościami swojej zachodniej konkurencji. Sama płyta brzmiała także nieco lepiej, niż oryginał. Niestety należy obiektywnie zauważyć, iż anglojęzyczny debiut Turbo ma gorsze wokale, niż polska wersja. Na późniejszym „Epidemic” Grzesiek Kupczyk brzmi znacznie lepiej.

Obie wersje płyty zostały zremasterowane w 2001 roku i wzbogacone o jeden utwór. Odpowiednio „Syna burzy” („Ostatni Wojownik”) i „Planetę Śmierci” („Last Warrior”). Trzeba przyznać, że nowych wersji słucha się znacznie przyjemniej, co tylko udowadnia, że nasz rodzimy Turbo naprawdę wydał wówczas świetny, przemyślany album.

Dla wielu fanów „Ostatni Wojownik” to najlepsza płyta Poznaniaków i ciężko odmówić im racji – świetne melodie i doskonałe wokale (oryginał) miały naprawdę potencjał, aby zawojować amerykańską scenę co automatycznie awansowałoby Turbo to metalowej elity lat 80. Tym bardziej boli stracona szansa w postaci występów w USA u boku Kreatora.

Wiecie co? Najbardziej chyba ubolewa nad tym sam Petrozza. Jak zapewnił w jednym z wywiadów, od tamtego momentu uważnie śledzi polską scenę metalową.

Tracklista:

  • Ostatni wojownik

  • Miecz Beruda

  • Anioł zła

  • Seans z wampirem

  • Bogini chaosu

  • Koń trojański  

źródło: Maciej Chrościelewski / koncertomania.pl
09-08-2019-17:03:00

Podziel się na facebooku!

TAGI: Turbo

newsy.