Recenzja

23-09-2017-17:14:00

Nothing but Thieves - Broken Machine [recenzja]



Po udanym debiucie powrót z drugą płytą nie jest łatwy. Nothing but Thieves właśnie podjęli tę próbę wracając z następcą wydanej w 2015 płyty "Nothing but Thieves". Następcę zatytułowano "Broken Machine" i wyposażono w trzynaście premierowych kompozycji, a tygodnie poprzedzające premierę wykorzystano na odpowiednie podsycenie atmosfery publikując aż cztery single.

Okładka albumu "Broken Machine"

Efekt jest taki, że Brytyjczycy wracają z interesującą, choć momentami nierówną płytą. Jej mocną stroną są z całą pewnością szybsze kompozycje. Te niepozbawione gitarowych riffów, już na stałe wpisujących się w charakterystykę zespołu, jak otwierający płytę utwór "I Was Just a Kid", oraz równie charakterystycznego wokalu Conora Masona, który także w tej piosence pokazuje, na co go stać. A stać go na wiele, bo od krzyków potrafi przejść w liryczne, muse'owe wręcz wokalizy.

Zdecydowanym faworytem, i piosenką wyróżniającą się na albumie, jest pierwszy singiel. Co może dziwić, bo pierwsze single z reguły nie okazują się tymi najlepszymi kompozycjami na albumach. Tymczasem "Amsterdam" ma w sobie to wszystko, za co dawniej kochało się zespoły sygnujące swoją muzykę metką indie rock/alternative rock. 

Z jednej strony skoczny, wpadający w ucho refren, z drugiej strony interesujące partie perkusji, a z trzeciej ten już wspomniany charakterystyczny głos Conora.

Gdyby podzielić ten album na stronę A i B, jak to się niegdyś robiło z kasetami bądź płytami vinylowimi, stroną A można byłoby nazwać wszystkie energiczne i energetyczne utwory, np. "Live Like Animals" i "I'm Not Made by Design", zaś stronę B przypisać tym spokojniejszym, balladowym kompozycjom.

Do tych drugi zaliczyłoby się na pewno "Sorry", również singiel i również dowód na to, że Nothing but Thieves umieją wybierać odpowiednie piosenki do promocji całej płyty, oraz nieco psychodeliczne "Soda". Tutaj idealnie pasuje także piosenka "Afterlife", chociaż w jej przypadku można byłoby się zastanowić, czy nie należało poświęcić jej więcej czasu.

Nieówność "Broken Machine" polega na tym, że z jednej strony pojawiają się interesujące utwory, jak "Amsterdam" i "Sorry", a z drugiej otrzymujemy piosenki, które nieco nam ten album zapełniają i wydłużają tracklistę. 

Słuchając np. "Get Better" i "Hell, Yeah" można odnieść wrażenie, że dosłownie chwilę wcześniej podobne brzmienia było słychać w innych piosenkach.

Trudno też nie oprzeć się wrażeniu, że Nothing but Thieves nie są w swoim brzmieniu oryginalni, a wytrawny miłośnik muzyki z podobnego gatunku szybko wymieni pięć zespołów, które już lata temu brzmiały podobnie. Trzeba jednak oddać Nothing but Thieves jedno. 

Gdy posłucha się ich debiutanckiej płyty, a później "Broken Machine" widać, że zespół się rozwinął, zaczął przykładać większą wagę do tekstów piosenek i zaczyna troszeczkę eksperymentować.

Riffy i wokal to już ich dwie charakterystyczne cechy. Miejmy nadzieję, że na trzeciej płycie, która przecież najczęściej bywa tym przełomowym, nieinspirowanym sukcesami pierwszej płyty dziełem pokażą, że rzeczywiście są przyszłością brytyjskiego rocka.

źródło: Ania/Koncertomania.pl

Podziel się na facebooku!