Aktualności

12-09-2018-14:00:00

10 lat... Metallica - "Death Magnetic"

Okładka albumu


W kwietniu tego roku Metallica odwiedziła Polskę promując najnowszy album, „Hardwired...To Self-Destruct”. Trudno uwierzyć, że od premiery poprzedniej płyty zespołu mija właśnie dekada. „Death Magnetic” obchodzi dziś swoje 10-te urodziny. To znakomita okazja by spojrzeć na premierę albumu z dystansu i odpowiedzieć na pytanie, czy muzyka przetrwała próbę czasu? I jak wypada na tle najnowszego albumu?

„Death Magnetic” był dopiero drugim albumem Metalliki odrodzonej po turbulencjach sportretowanych w filmie dokumentalnym „Some Kind of Monster” (2004), a także pierwszym stworzonym z nowym basistą na pokładzie, Robem Trujillo. Po zakończeniu trasy promującej album „St. Anger” (2003) muzycy byli tak zmęczeni intensywnym koncertowaniem i wzajemnym towarzystwem, że zrobili sobie roczną przerwę.

Dopiero otwarcie dwóch koncertów The Rolling Stones w San Francisco pod koniec 2005 roku zainspirowało ich do podjęcia prac nad kolejnym albumem. Te ruszyły na początku 2006. Podczas letniej trasy koncertowej, nazwanej przewrotnie „Escape from the Studio”, Metallica zaprezentowała na żywo dwie nowe kompozycje. Nie pojawiły się one jednak finalnie na albumie, ale część riffów z „The New Song” znalazła się w utworach „The End of the Line” i „All Nightmare Long”. Drugą nową piosenkę prezentowaną tego lata, „The Other New Song”, fani przyjęli bardzo chłodno i w dalszym procesie powstawania albumu przepadła bez śladu.

Nagrania „Death Magnetic” oficjalnie zakończyły się w maju 2008 roku. Na cztery miesiące przed premierą uruchomiono specjalną stronę internetową „Mission: Metallica”, na której regularnie umieszczane były krótkie klipy wideo ze studia dokumentujące pracę nad albumem, fragmenty piosenek i wywiady z muzykami. Dostęp do zawartości premium otrzymywało się dzięki unikalnym kodom dołączanym do przedpremierowych zamówień albumu.

Album „Death Magnetic” oficjalnie ukazał się 12 września 2008 roku, jednak premiera nie obyła się bez małej i dużej katastrofy. Tą pierwszą można nazwać fakt, że albumowi dosyć długo jak na ówczesne czasy udawało się nie wycieknąć. Jednak dokładnie 10 dni przed premierą, jeden z francuskich sklepów muzycznych wystawił na półki sklepowe kilka egzemplarzy. Tego samego dnia cyfrowa kopia albumu w formie plików mp3 krążyła już w sieci nielegalnie.

Dużą katastrofą można zaś nazwać „aferę”, jaką wywołało brzmienie albumu w momencie premiery. A dokładniej, jego zakresy dynamiki i poziom głośności. Mówiąc najprościej, album podczas masteringu uczyniono zbyt głośnym, a w efekcie dźwięk w wielu miejscach był przesterowany. Fani szybko znaleźli jednak sposób, by delektować się nową muzyką w bardziej komfortowych dla słuchu warunkach.

Okazało się, że muzyczna gra wideo „Guitar Hero” nie tylko zawiera utwory z „Death Magnetic” o znacznie bardziej przystępnych poziomach kompresji, ale też można z niej wyciągnąć osobne ścieżki z wybranymi instrumentami. W efekcie w sieci szybko zaczęły pojawiać się fanowskie miksy. Wersja stworzona przez fana posługującego się pseudonimem Moderus Prime na oficjalnym forum została powszechnie okrzyknięta przez większość fanów za brzmiącą lepiej, niż oficjalne wydawnictwo.

Na tym jednak kończą się problemy Metalliki związane z premierą albumu, bowiem pod względem muzycznej zawartości „Death Magnetic” został ciepło przyjęty zarówno przez krytyków, jak i fanów. Rick Rubin, producent, zachęcił członków zespołu, by zainspirowali się swoją własną przeszłością. W rezultacie Metallica nie tylko porzuciła obniżony strój gitarowy z czasów „St. Anger”, ale wręcz wróciła do standardowej tonacji, po raz pierwszy od „Czarnego Albumu” (1991). Powróciły także nieobecne na „St. Anger” solówki gitarowe.

Inspiracja latami 80-tymi dotyczyła nie tylko muzyki, której słuchali członkowie zespołu, gdy powstały ich największe albumy. Dotyczyła także ich własnych albumów powstałych w tamtych czasach, stąd na „Death Magnetic” czasem zbyt oczywiste nawiązania do klasycznych utworów Metalliki. Refren „That Was Just Your Life” oparty jest na podobnym riffie, co fragment podkładu pod solo z koncertowej wersji “Blackened” z przełomu 1999 i 2000 roku. Struktura zwrotek w „The End of the Line” aż za bardzo kojarzy się z „Creeping Death”. „The Day That Never Comes” czerpie pełnymi garściami z wcześniejszych ballad: „Fade to Black” i „One”.

Najbardziej świeżo brzmiały utwory w wolniejszym tempie, w których zespół nie starał się za wszelką cenę przywoływać swoich thrash metalowych korzeni. Oparte na silnie osadzonym groove „Broken, Beat & Scarred” i „Cyanide” zdawały się wyznaczać kierunek, w którym może pójść Metallica na kolejnym albumie. Premiera „Hardwired...To Self-Destruct” udowodniła, że było to słuszne rozumowanie: na albumie jest jeszcze więcej utworów utrzymanych w podobnym stylu.

Zwłaszcza w zestawieniu z najnowszą płytą, „Death Magnetic” może brzmieć dziś momentami nieco pretensjonalnie. Na „Hardwired...” Metallica pokazała, że potrafi czerpać kreatywną inspirację z własnych przeszłych dokonań i przy jej pomocy stworzyć nową jakość. Owej nowej jakości brakuje często na „Death Magnetic”. Pomysły znakomite sąsiadują z bardzo odtwórczymi, jak choćby w „The End of the Line”, gdzie znakomite intro połączono z przeciętną piosenką, w niezbyt udany sposób łączącą elementy „Creeping Death” z późniejszym „King Nothing”.

Album nie zachwyca także sonicznie, szczególnie zestawiając go z bezbłędną pod tym względem najnowszą płytą. „Death Magnetic”, nawet jeśli pominąć początkowe problemy z głośnością i zakresem dynamiki, brzmi sucho i surowo. Pod względem brzmienia najbliżej mu do krytykowanego za produkcję „...And Justice for All”. Próżno szukać tu jakiejkolwiek przestrzeni, echa, wielowarstwowych partii gitarowych czy wokalnych. A nawet jeśli już jakieś znajdziemy – jak choćby w refrenie „The Judas Kiss”, czy „The Unforgiven III”, to w oryginalnej wersji są prawie zupełnie pogrzebane w miksie. Zamierzenie było takie, by utwory były „gotowe” do grania na żywo, zupełnie zapominając, że po to albumy nagrywa się w studiu, by nagrać możliwie najbardziej dopracowane i dopieszczone wersje kompozycji.

Nie jest to jednak album słaby. „Death Magnetic” był świadectwem nowej siły w zespole, który kilka lat wcześniej stał u krawędzi rozpadu. Udowodnił, że po mocno eksperymentalnym i ciężko przyjętym przez fanów „St. Anger” Metallica potrafi jeszcze grać „jak dawniej”. Że w nowych kompozycjach  nadal jest miejsce na porywające solówki, interesujące partie perkusji i słowną ekstrawagancję Jamesa Hetfielda. Że Metallica to cztery indywidualności, które grając razem tworzą magię. Ale „Hardwired...” realizuje niemal każde założenie poprzednika lepiej i dokłada elementy świeże.

„Death Magnetic” było pierwszym albumem Metalliki od „Kill’em All”, z którego zagrano na żywo wszystkie piosenki w cyklu koncertowym danego albumu. Niektóre były stałymi elementami koncertowego repertuaru w latach 2008-2010, jak np. „That Was Just Your Life”, „The Day That Never Comes” czy „Cyanide”. Inne pojawiały się w rotacji i zostały zagrane tylko kilka lub kilkanaście razy, jak „The Judas Kiss” czy „The Unforgiven III”. Z kolei instrumentalny „Suicide & Redemption” został zagrany na żywo jak na razie tylko dwa razy.

Po 10 latach od premiery, „Death Magnetic” nie został przez Metallikę porzucony, tak jak wcześniejszy „St. Anger”. Podczas trwającego właśnie amerykańskiego odcinka trasy „WorldWired” zespół przywraca do setlisty niegrane od lat piosenki z „Death Magnetic”, takie jak „Cyanide” czy „The Unforgiven III”.

źródło: Tymoteusz Kociński dla Koncertomania.pl
12-09-2018-14:00:00

Podziel się na facebooku!

TAGI: Metallica

newsy.