Aktualności

04-11-2018-15:00:00

Freddie Mercury solo. Co pominięto w filmie Bohemian Rhapsody?

Queen 1986 fot. QueenOnline.com

Podziel się na facebooku!

W filmie „Bohemian Rhapsody” występ Queen na stadionie Wembley w ramach koncertu Live Aid pokazany został jako moment największego triumfu w życiu Freddiego Mercury’ego. I chociaż rangę tego zdarzenia nie sposób zanegować, takich momentów w jego życiu było zdecydowanie więcej. Krótka przygoda z działalnością solo, ledwie zasygnalizowana w filmie, przyniosła spełnienie jego największego życiowego marzenia.

Prace nad pierwszym solowym albumem Freddiego rozpoczęły się wczesnym rokiem 1983, zaraz po wyczerpującej światowej trasie koncertowej Queen. Zbieranie materiału zajęło dwa lata, ponieważ zobowiązaniom względem macierzystego zespołu wokalista zawsze nadawał priorytet. W międzyczasie powstał kolejny album Queen – „The Works” (1984).

Według pierwotnej koncepcji, album miał być kolaboracją dwóch największych ówczesnych wokalistów w muzyce rozrywkowej. Album wypełnić miały duety z Michaelem Jacksonem i nawet zarejestrowano w całości jeden utwór. Freddie szybko jednak wycofał się z tego projektu. Powodem był silny dyskomfort wywołany faktem przyprowadzenia przez Jacksona do studia nagraniowego szympansa, z którym omawiał efekty pracy Mercury’ego.

Ostatecznie album przybrał formę nagrania solowego w pełnym tego słowa znaczeniu. Freddie sprawował pieczę nad każdym etapem powstawania całości: od komponowania, przez nagrania w studio, po postprodukcję. Czuwał pilnie nad instrumentalizacją, dodał efekty syntezatorów i zaaranżował orkiestracje.

Pragnął eksplorować style, którymi członkowie jego macierzystego zespołu nie byli zainteresowani, zwłaszcza po umiarkowanie entuzjastycznie przyjętym „Hot Space”, albumie odważnie odchodzącym od sztandarowego brzmienia zespołu. Płyta nie brzmi jak Queen, ponieważ nie grają na niej członkowie Queen – tłumaczył Freddie w wywiadzie dla holenderskiej telewizji w 1985 roku. Poza tym zrobiłem sporo rzeczy, których nie mógłbym zrobić z Queen, ponieważ być może Queen nie chciał ich zrobić.

Rezultatem płyta bardzo eklektyczna, z odważną eksploracją nurtów muzyki tanecznej na pierwszym planie. Ale też mocnymi akcentami kojarzącymi się nierozerwalnie z brzmieniem Queen, co miało zachęcić fanów zespołu, na czym Freddiemu bardzo zależało. Momentami więc wydawać się może, że w utworach słychać partie gitarowe Briana Maya.

„Mr. Bad Guy” ukazał się 29 kwietnia 1985 roku nakładem wytwórni CBS. Nad dokonaniem nagrań w Musicland Studios w Monachium czuwał niemiecki producent Reinhold Mack, który wcześniej współprodukował albumy Queen: „The Game” (1980), „Flash Gordon” (1980), i „Hot Space” (1982).

Wszystkie jedenaście kompozycji napisał Freddie. Cztery z nich wybrano na single: „I Was Born to Love You”, „Made in Heaven”, „Living on My Own” i „Love Me Like There’s No Tomorrow”. Trzeci z nich był jedynym wielkim hitem solowym Freddiego. Niestety był to pośmiertny sukces. W lipcu 1993 roku ukazał się radiowy miks autorstwa No More Brothers. Minęło wówczas 20 miesięcy od śmierci Mercury’ego.

W książeczce dołączonej do płyty, w której tradycyjnie artyści umieszczają niekończące się listy z podziękowaniami, Freddie krótko i konkretnie dedykował album mojemu kotu Jerry’emu – oraz Tomowi, Oscarowi i Tiffany oraz wszystkim miłośnikom kotów we wszechświecie – chrzanić wszystkich innych!

Album miał nosić tytuł „Made in Heaven”, jednak Freddie zmienił zdanie zaledwie kilka tygodni przed premierą. Jego zdaniem nowy tytuł był bardziej trafny. Fraza „Made in Heaven” jednak nie przepadła, a jako tytuł albumu doskonale pasowała do finalnej płyty Queen z Freddiem, wydanej w listopadzie 1995 roku, a więc już po jego śmierci. Muzycy użyli pozostawionych przez wokalistę ścieżek nagranych w ostatnich miesiącach życia w Montreux. W hołdzie Freddiemu zdecydowali się także sięgnąć po dwa utwory z „Mr. Bad Guy” – „I Was Born to Love You” i właśnie „Made in Heaven”. Nowe wersje znacznie różniły się stylistycznie od tych z albumu solowego.

W roku 2000 reedycja albumu weszła w skład zestawu podsumowującego solową działalność artysty, zatytułowanego po prostu „Solo”. W ramach tego wydawnictwa została po raz pierwszy zremasterowana cyfrowo.

Drugi i ostatni album solowy „Barcelona” Freddie uważał za jeden z najbardziej satysfakcjonujących projektów w karierze, i jeden z tych z których był najbardziej dumny. Projekt ten był spełnieniem wielkiego życiowego marzenia, którym była współpraca z hiszpańska sopranistką Montserrat Caballé. Freddie był zdeterminowany by doprowadzić do współpracy już od 1984 roku.

W czerwcu 1986 roku podczas wywiadu w hiszpańskim programie telewizyjnym „Informe Semanal” Freddie opowiadał o swojej pasji do opery i do głosu Caballe. Przyznał, że głównym powodem jego wizyty w Barcelonie była chęć poznania gwiazdy. Wyznanie nie przeszło bez echa i wkrótce manager Jim Beach skontaktował się z promotorem Queen w Hiszpanii, Pino Sagliocco, by umówić spotkanie. Dziewięć miesięcy później marzenie Freddiego spełniło się. Po raz pierwszy spotkał się z Montserrat w hotelu Ritz w Barcelonie 24 marca 1987 roku.

Freddie przyleciał do Barcelony w towarzystwie managera, kompozytora i asystenta Petera Freestone. Freddie i Montserrat usiedli razem, a reszta stała dookoła - wspominał tę wiekopomną chwilę Freestone. Przez dwie lub trzy minuty panowała cisza. I nagle Freddie zwrócił się do niej: „No więc, mam dla ciebie piosenkę. Mam ją zagrać?” I tyle, to przełamało lody.

Utwór „Barcelona” powstał w kwietniu 1987 roku i był po raz pierwszy wykonany przez duet podczas wielkiego koncertu w klubie Ku na Ibizie 30 maja 1987 roku. Hiszpańska publiczność zareagowała euforycznie, co zainspirowało ich do kontynuowania projektu. „Barcelona” stała się zalążkiem albumu, utworem tytułowym i międzynarodowym hitem.

Freddie był w tamtym okresie wybitnie płodnym artystą. Komponował i pisał tak wiele, że niektóre pomysły musiały poczekać do sesji nagraniowych albumu Queen „Innuendo” (1991). Teraz będę robił operę – deklarował żartobliwie Freddie w 1987 roku. Zapomnijcie o rock & rollu.

Powstawanie albumu trwało w sumie 18 miesięcy, między styczniem 1987 roku a lipcem 1988 roku. Nagrań dokonano w studiach w Londynie i w Szwajcarii. Producentami byli Freddie, Mike Moran i David Richards.

8 października 1987 duet wystąpił ponownie razem na wielkim wydarzeniu „La Nit”, u podnóży zamku Montjuic w Barcelonie, by uczcić przybycie olimpijskiej flagi z Korei. W obecności króla i królowej Hiszpanii zaśpiewali trzy utwory z już gotowego albumu. Jego premiera miała miejsce dwa dni później nakładem wytwórni Polydor. Nietypowa kolaboracja spotkała się ze skrajnie różnymi reakcjami. Ludzie nie wiedzieli co mają myśleć, co miało przełożenie na zarówno pochlebne, jak i krytyczne recenzje. Wśród fanów przeważały jednak pozytywne opinie.

W 1992 roku „Barcelona” stała się hymnem Igrzysk Olimpijskich. Podczas ceremonii otwarcia zmarłego Freddiego zastąpił na scenie Jose Carreras.

„Barcelona” była przykładem niebywałego talentu muzycznego Freddiego – wspominała po latach Montserrat. Był nie tylko popularnym wokalistą, był także muzykiem, który potrafił usiąść przy pianinie i komponować dla mnie. Odkrył nowy sposób by połączyć muzykę. Był pierwszą i jedyną osobą, która tego dokonała.

Był wniebowzięty – opowiadał Peter Freestone. Nie potrzebował samolotu żeby wracać do domu, był taki szczęśliwy. Z tego co wiem, jednym z największych, najwspanialszych momentów w jego życiu, było gdy Montserrat przyleciała do Londynu by zarejestrować partie wokalu do „Barcelony”. Gdy skończyli, w drodze powrotnej ze studia, pamiętam jak Freddie zwrócił się do mnie i powiedział „To jest to! Dokonałem tego! Mam jej głos w mojej muzyce!”

Dla niego była to najprawdopodobniej najważniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobił – stwierdził manager Jim Beach w 2012 roku.

3 września 2012 roku ukazała się edycja specjalna albumu „Barcelona” zawierająca zupełnie nową instrumentalizację. Syntezatory i automat perkusyjny z oryginału zastąpiła żywa orkiestra symfoniczna i perkusja. Wydanie składające się z trzech płyt CD i jednego DVD (a na nim m.in. wspólne wykonania koncertowe duetu) zdobiła nowa okładka.

Z kolei wspomnianą wcześniej reedycję albumów zatytułowaną „Solo” uzupełniono o trzeci krążek, na którym zawarto rozmaite pojedyncze nagrania Freddiego. „I Can Hear Music” to cover Beach Boys, z którym wiąże się ciekawa historia. Singiel pierwotnie ukazał się w 1973 roku, ale opublikowano go pod pseudonimem Larry Lurex, ponieważ debiutancki album Queen miał ukazać się dwa tygodnie później. Nikt wówczas nie wiedział że to Freddie śpiewa na nagraniu i mimo świetnego wokalu piosenka przepadła bez echa.

„Love Kills” to pierwszy oficjalny solowy singiel Freddiego z 1984 roku. Napisany został podczas sesji do albumu Queen „The Works” w 1983 roku. Ostatecznie trafił na soundtrack do wznowienia niemego filmu „Metropolis”. „The Great Pretender” to wydana w 1987 przeróbka starego hitu Platters z 1956 roku. Ponieważ Queen nie nagrywał coverów w studiu, po zakończeniu trasy promującej album „A Kind of Magic” (1986), Freddie nagrał ją w wersji solo.

W ramach bonusów znaleźć można także wspomnianą wcześniej w tekście radiową wersję „Living on My Own” z 1993 roku, remiksy „In My Defence” i „Time” z 2000 roku oraz alternatywną wersję „Love Kills” z 1992 roku, zwaną ‘rock mix’.

Solowa działalność Freddiego, choć jej rezultatem były tylko dwa pełnoprawne albumy, była bardzo barwnym okresem w jego życiu. Pracując nad własnymi albumami artysta spędził najbardziej kreatywne lata swojego życia. Historia ich powstania z pewnością mogłaby posłużyć jako kanwa osobnego filmu, równie pasjonującego co „Bohemian Rhapsody”.

źródło: Tymoteusz Kociński / Koncertomania.pl
04-11-2018-15:00:00

Podziel się na facebooku!


newsy.