Recenzja

30-08-2014-23:25:37

Opeth - "Pale Communion"

Podziel się na facebooku! Tweetnij!

Gdyby cofnąć ich do lat 70., poważnie namieszaliby na rockowej scenie. Tego zrobić się (chyba) nie da. Na szczęście dla Opeth w drugiej dekadzie XXI wieku nie słabnie moda na oldschoolowe granie, więc jedenasta płyta Szwedów ma grunt, na który może paść.

Na wstępie dla lubiących Opeth do czasów "Blackwater Park" zła wiadomość - znów nie ma growli, nie ma krztyny deathmetalowego łojenia. Jeśli tego szukaliście, na to liczyliście, to nie znajdziecie. Żadnym talentem proroczym się nie wykażę, jeśli napiszę, że moim zdaniem kapela Mikaela Åkerfeldta nigdy do takiego grania już nie wróci. Te drzwi już zostały zamknięte i zabite gwoździami. Wcale mnie to nie dziwi i nie mam Szwedowi tego za złe. Od lat ten wielki muzyczny erudyta konsekwentnie wzbogaca muzykę swojej grupy, starając się uniknąć stagnacji, rutyny. Chciałem z rozpędu napisać "powtarzalności", lecz tego akurat Mikaelowi, który od co najmniej pięciolatki pozostaje w głębokim zanurzeniu w latach 70., osiągnąć się nie uda. Zresztą, nie sądzę, aby do tego dążył. "Pale Communion", a wcześniej "Heritage" to nic innego jak odświeżanie muzyki sprzed lat. Taka odświeżona dźwiękowa pocztówka. Z którą obcowanie jest naprawdę przyjemne.

"Pale Communion" to pierwszy album Opeth, na którym swoje potężne umiejętności zaprezentował w całej okazałości nowy klawiszowiec Joakim Svalberg. Fantastycznie fruną w utworach obsługiwane przez niego oldschoolowe klawisze, dokładające solidną cegiełkę do klimatu retro, rodem sprzed ponad 40 i więcej lat. Urzekająca jest ta płyta. Ma w sobie więcej kolorów niż kalejdoskop. Czasem piosenka jest jak romantyczna folkowa baśń, wnuczka lub prawnuczka utworów Jethro Tull albo The Moody Blues. Lecz po chwili może zmienić się w utwór wspaniale osadzony w tradycji fusion w stylu Return To Forever albo Weather Report. Zaraz potem spotkamy podszytego folkiem hard rocka w stylu Led Zeppelin bądź wyrafinowanego rozbudowanego rocka progresywnego à la Rush. Na naszej drodze pojawią się też spacerockowe odjazdy albo numer emanujący southernrockowym luzem. A po luzie przyjdzie niepokojąco-patetyczna kompozycja. Sporo nawiązań i porównań jak na jeden akapit, prawda? A proszę mi wierzyć, nie dotarłem w tym nawet do połowy! Dbałość o detale, siła uderzenia, starannie dopracowane aranżacje oraz przecudne melodie i brzmienie (to ostatnie osiągnięto w legendarnych Rockfield Studios w Walii, gdzie powstały między innymi "Sad Wings Of Destiny" Judas Priest i "Sheer Heart Attack" Queen). Nic tylko się delektować. Ta płyta może sprawić, że w jednym pokoju, na jednym sprzęcie, z jednakową ekscytacją będą słuchać jej 60-letni ojciec i 25-letni syn.

Opeth gra już w swojej własnej lidze. Choć wciąż dość trendy jest bycie retro, wciąż nieźle się to sprzedaje, u nich nie ma mowy o koniunkturalizmie. Robią, co chcą i jak chcą, a rezultaty są zwykle znakomite. Każda ich kolejna płyta jest niczym dywan tkany przez dawnych perskich mistrzów. Wszystko robią starannie, z wyczuciem i dodają coraz więcej barw. Dlatego z efektem końcowym chce się obcować więcej i więcej.

Podziel się na facebooku! Tweetnij!

TAGI: Opeth