Aktualności
14-04-2010-13:08:54
Druga płyta The Dead Weather utwór po utworze
10 maja do sklepów trafi nowa płyta formacji The Dead Weather, "Sea Of Cowards".
The Dead Weather "Sea Of Cowards" fot. Sony Music
Udało nam się już zapoznać się z materiałem. Nowa płyta brzmi jeszcze bardziej oldschoolowo i surowo niż debiut. Królują bluesowo prowadzone głośne gitary, zniekształcenia, Hammondy i elementy psychodelii.
Oto pierwsze wrażenia, utwór po utworze:
"Blue Blood Blues" - z miejsca uwagę zwracają organy i świetna zeppelinowska gitara. Perkusja zresztą również przypomina chwilami wyczyny Johna Bonhama. Wokalne obowiązki zdominował tu Jack.
"Hustle and Cuss" - to jeden z najlepszych numerów w zestawie, choć nie jest to prosta kompozycja. Utwór jest bardzo bluesowy, przywołujący skojarzenia z Cream. Tym razem śpiewa Alison, choć jej głos mocno zniekształcono. Wyraźnie natomiast słychać krowi dzwonek i inne przeszkadzajki. Chociaż to najdłuższa z propozycji, trwa zaledwie 3:46.
"The Difference Between Us" - jeden z niewielu momentów, gdy Alison śpiewa w miarę normalnie. To także najbardziej melodyjny kawałek na płycie, ale też tylko do czasu, gdy nie przeradza się w instrumentalną galopadę. Ponadto wyróżnia go kosmiczna elektronika na początku.
"I'm Mad" - kolejna perełka. Ten numer brzmi zgodnie z tytułem. Wściekle. Nie chodzi jednak o ostre zagrywki, lecz stopniowe budowanie napięcia, swoistą nerwowość konstruowaną przez wyrazisty rytm pomieszany z histerycznym wokalem i jazgotliwymi zniekształceniami.
"Die By the Drop" - singlowe nagranie daje doskonały przedsmak tego, co nas czeka na płycie. Dużo gitar, zgiełk, łamane tempa i niesłychanie gęste, często przesterowane brzmienie.
"I Can't Hear You" - zaczyna się od oszczędnego bluesowego wstępu, który szybko zostaje wzbogacony dźwiękami grzechotek i innych instrumentów perkusyjnych. Pięknie gra tu łkająca gitara.
"Gasoline" - tym razem jest ostro, z szalejącymi Hammondami, rwaną perkusją, piłującymi gitarami i smakowitym solo. Momentami robi się naprawdę hałaśliwie, nawet jak na ten zespół.
"No Horse" - to trzeci z moich ulubionych fragmentów albumu, zapewne dlatego, że unosi się nad nim stonerowy klimat, a niektóre gitarowe popisy przypominają Queens of the Stone Age. Poza tym to ciekawy, ładnie rozpędzający się kawałek, idealny do rozbudowanych improwizacji.
"Looking at the Invisible Man" - najsłabszy punkt "Sea Of Cowards" - niewiele ponad drażniącą gitarę i przestery.
"Jawbreaker" - to z kolei najbardziej energiczny, wręcz rockandrollowy utwór, acz z pięknym, seksownie bluesowym przejściem.
"Old Mary" - słyszymy fortepian w tle pustynno-psychodelicznego wprowadzenia, które rozwija się w spokojne, wyciszające niemal, ale i ciut niepokojące nagranie.
Oto pierwsze wrażenia, utwór po utworze:
"Blue Blood Blues" - z miejsca uwagę zwracają organy i świetna zeppelinowska gitara. Perkusja zresztą również przypomina chwilami wyczyny Johna Bonhama. Wokalne obowiązki zdominował tu Jack.
"Hustle and Cuss" - to jeden z najlepszych numerów w zestawie, choć nie jest to prosta kompozycja. Utwór jest bardzo bluesowy, przywołujący skojarzenia z Cream. Tym razem śpiewa Alison, choć jej głos mocno zniekształcono. Wyraźnie natomiast słychać krowi dzwonek i inne przeszkadzajki. Chociaż to najdłuższa z propozycji, trwa zaledwie 3:46.
"The Difference Between Us" - jeden z niewielu momentów, gdy Alison śpiewa w miarę normalnie. To także najbardziej melodyjny kawałek na płycie, ale też tylko do czasu, gdy nie przeradza się w instrumentalną galopadę. Ponadto wyróżnia go kosmiczna elektronika na początku.
"I'm Mad" - kolejna perełka. Ten numer brzmi zgodnie z tytułem. Wściekle. Nie chodzi jednak o ostre zagrywki, lecz stopniowe budowanie napięcia, swoistą nerwowość konstruowaną przez wyrazisty rytm pomieszany z histerycznym wokalem i jazgotliwymi zniekształceniami.
"Die By the Drop" - singlowe nagranie daje doskonały przedsmak tego, co nas czeka na płycie. Dużo gitar, zgiełk, łamane tempa i niesłychanie gęste, często przesterowane brzmienie.
"I Can't Hear You" - zaczyna się od oszczędnego bluesowego wstępu, który szybko zostaje wzbogacony dźwiękami grzechotek i innych instrumentów perkusyjnych. Pięknie gra tu łkająca gitara.
"Gasoline" - tym razem jest ostro, z szalejącymi Hammondami, rwaną perkusją, piłującymi gitarami i smakowitym solo. Momentami robi się naprawdę hałaśliwie, nawet jak na ten zespół.
"No Horse" - to trzeci z moich ulubionych fragmentów albumu, zapewne dlatego, że unosi się nad nim stonerowy klimat, a niektóre gitarowe popisy przypominają Queens of the Stone Age. Poza tym to ciekawy, ładnie rozpędzający się kawałek, idealny do rozbudowanych improwizacji.
"Looking at the Invisible Man" - najsłabszy punkt "Sea Of Cowards" - niewiele ponad drażniącą gitarę i przestery.
"Jawbreaker" - to z kolei najbardziej energiczny, wręcz rockandrollowy utwór, acz z pięknym, seksownie bluesowym przejściem.
"Old Mary" - słyszymy fortepian w tle pustynno-psychodelicznego wprowadzenia, które rozwija się w spokojne, wyciszające niemal, ale i ciut niepokojące nagranie.
Aktualności










