Aktualności
08-05-2010-14:03:28
Tosca - "Pony No Hassle Versions"
Richard Dorfmeister i Rupert Huber chcieli jakoś zdyskontować popularność marki Tosca i dobre recenzje wydanej rok temu płyty "No Hassle". Poprosili więc znanych im muzyków o remiksy oryginalnych utworów. Wyszła z tego bardzo przyjemna, ale i mocno nijaka, relaksująca płyta z piękną okładką.
Niestety, nie wszystkie remiksy porywają. O ile do pracy wykonanej przez Nicola Conte, Kotey Extra Bad, Rodneya Hunteraz czy Spirit Catchera trudno się przyczepić, to reszta poszła trochę na łatwiznę. Muzyka Toski z "No Hassle" była bardzo przyjemnym tworzywem do interpretacji. W większości nader spójna, leniwa, spokojna, pozostawiła twórcom spore pole do manewru.
Tym trudniej zrozumieć, dlaczego "Springer", otwierające płytę, jest tak nudnawe. Dlaczego po świetnym "Joe Si Ha" w wersji Spirit Catchera jest zamieszczony odtwórczy remiks Reverso 68. "Birthday" zinterpretowane przez Grant Phabao brzmi jakby żywcem wyjęte z poprzednich krążków Boozoo Bajou, a zamykająca zestaw "Rosa" K&K Streichquartett, to raczej niewykorzystany potencjał. Numer ciekawie się zaczyna, rozkręca, ale w pewnym momencie zupełnie staje i bez większych emocji, kończy tę dość średnią płytę.
Umówmy się - "Pony No Hassle Versions" to rzecz dobra, acz w kategorii płyt niezobowiązujących, towarzyszących. Co prawda zróżnicowana, czasem aż za bardzo, ale niestety pozbawiona jakiejkolwiek świeżości. Możecie włączyć ją w tle, gdy sprzątacie mieszkanie i nawet nie zauważycie, kiedy się skończy. Dobrze się sprawdzi przy kawie ze znajomymi, szkopuł w tym, że takich wydawnictw są setki. A argumentów, że warto postawić akurat na Toscę, specjalnie nie mam.
Tym trudniej zrozumieć, dlaczego "Springer", otwierające płytę, jest tak nudnawe. Dlaczego po świetnym "Joe Si Ha" w wersji Spirit Catchera jest zamieszczony odtwórczy remiks Reverso 68. "Birthday" zinterpretowane przez Grant Phabao brzmi jakby żywcem wyjęte z poprzednich krążków Boozoo Bajou, a zamykająca zestaw "Rosa" K&K Streichquartett, to raczej niewykorzystany potencjał. Numer ciekawie się zaczyna, rozkręca, ale w pewnym momencie zupełnie staje i bez większych emocji, kończy tę dość średnią płytę.
Umówmy się - "Pony No Hassle Versions" to rzecz dobra, acz w kategorii płyt niezobowiązujących, towarzyszących. Co prawda zróżnicowana, czasem aż za bardzo, ale niestety pozbawiona jakiejkolwiek świeżości. Możecie włączyć ją w tle, gdy sprzątacie mieszkanie i nawet nie zauważycie, kiedy się skończy. Dobrze się sprawdzi przy kawie ze znajomymi, szkopuł w tym, że takich wydawnictw są setki. A argumentów, że warto postawić akurat na Toscę, specjalnie nie mam.
Aktualności










