Aktualności
27-04-2011-12:10:11
Black Country Communion - "Black Country"
Stary, dobry klasyczny hard rock nie umrze nigdy. Między innymi dzięki takim supergrupom, jak Black Country Communion, przyszłość gatunku widzę w jasnych barwach.
Jesienią 2009 Joe Bonamassa miał okazję zagrać koncert dla Guitar Center i zaprosić na scenę Glenna Hughesa. Popisy oglądał producent Kevin Shirley (m.in. Iron Maiden, Dream Theater). Zauroczony, zaproponował obu panom nagranie płyty. Do planu dodano perkusistę Jasona Bonhama (m.in. Foreigner) i klawiszowca Dereka Sheriniana (m.in. Alice Cooper, Billy Idol, eks-Dream Theater). Pozostało tylko napisać i nagrać materiał.
Muzycy wybornie czują hard rocka, od początku kariery mają go we krwi. Nic dziwnego, że nagrania przebiegły bezboleśnie. Efekty Tuzin piosenek trwających ponad 70 min. Piosenek rasowych, rockowych, zaśpiewanych głównie przez Hughesa. Bonamassa wokalnie też parokrotnie się udziela. I dobrze, bo nie tylko gitarzystą jest świetnym. Nad "Black Country" unosi się duch blues rocka, Cream, Deep Purple z początku lat 70., chwilami Black Sabbath, southern rocka i folku. Glenn kocha soul i jego wokale w paru momentach przywołują dokonania mistrzów z Motown. Hughes postanowił też odkurzyć utwór swego dawnego zespołu Tapeze "Medusa". Cover wyszedł lepiej niż przyzwoicie, w czym spora zasługa Joe.
Nie ma tu kandydatów na wielkie przeboje. Ponad wysoki poziom wystaje okraszona pięknym riffem Bonamassy, pachnącym trochę AC/DC, "Sista Jane", zaśpiewana przez Bonamassę i Hughesa. Hardrockowy majstersztyk. Podobnie rozpędzony, z pulsującym z przodu basem "Black Country" i następujący po nim "One Last Soul".
Album to dowód na to, że 40 z hakiem lat temu wymyślono w rocku formułę, która doskonale sprawdza się również dziś. To miód na uszy starych fanów rocka i lekcja poglądowa dla młodzieży, której makijaż spływa ze wzruszenia przy 30 Seconds To Mars czy im podobnym. Oby to była pierwsza z wielu płyt tej supergrupy.
Muzycy wybornie czują hard rocka, od początku kariery mają go we krwi. Nic dziwnego, że nagrania przebiegły bezboleśnie. Efekty Tuzin piosenek trwających ponad 70 min. Piosenek rasowych, rockowych, zaśpiewanych głównie przez Hughesa. Bonamassa wokalnie też parokrotnie się udziela. I dobrze, bo nie tylko gitarzystą jest świetnym. Nad "Black Country" unosi się duch blues rocka, Cream, Deep Purple z początku lat 70., chwilami Black Sabbath, southern rocka i folku. Glenn kocha soul i jego wokale w paru momentach przywołują dokonania mistrzów z Motown. Hughes postanowił też odkurzyć utwór swego dawnego zespołu Tapeze "Medusa". Cover wyszedł lepiej niż przyzwoicie, w czym spora zasługa Joe.
Nie ma tu kandydatów na wielkie przeboje. Ponad wysoki poziom wystaje okraszona pięknym riffem Bonamassy, pachnącym trochę AC/DC, "Sista Jane", zaśpiewana przez Bonamassę i Hughesa. Hardrockowy majstersztyk. Podobnie rozpędzony, z pulsującym z przodu basem "Black Country" i następujący po nim "One Last Soul".
Album to dowód na to, że 40 z hakiem lat temu wymyślono w rocku formułę, która doskonale sprawdza się również dziś. To miód na uszy starych fanów rocka i lekcja poglądowa dla młodzieży, której makijaż spływa ze wzruszenia przy 30 Seconds To Mars czy im podobnym. Oby to była pierwsza z wielu płyt tej supergrupy.
Aktualności










