Aktualności
14-12-2011-15:58:02
Scott Weiland - "The Most Wonderful Time of the Year"
Już dawno minęły czasy, kiedy świąteczne piosenki brzmiały po prostu świątecznie. Co roku przedstawiciele najróżniejszych gatunków ścigają się w stworzeniu innych, nietradycyjnych bożonarodzeniowych nagrań. Scott Weiland proponuje zestaw... schizofreniczny.
Kto kojarzy wokalistę głównie z dokonań Stone Temple Pilots i Velvet Revolver będzie mocno zaskoczony. Żadnego rockowego brudu, ostrego śpiewania. Fani, którzy zgłębili jego solowe dokonania i wiedzą, że lubi też czasem zboczyć z rockowej drogi, chyba jednak też nie będą przygotowani na "The Most Wonderful Time of the Year". Amerykanin wciela się tu w artystę rodem z lat 60., który głębokim, aksamitnym głosem próbuje chwycić za serca, przebijając się przez warstwy smyków i dzwoneczków.
Weiland nie robi tego jednak całkiem na poważnie. Wystarczy spojrzeć na klip do "The Most Wonderful Time of the Year", gdzie nasz artysta wygląda jak przerysowana postać z "Mad Menów". Taka też jest cała płyta. Przerysowana. Wszystko co tandetne i tendencyjne jest tu przeciągnięte do granic możliwości z zawodzącym wokalem i cukierkowymi chórkami na czele. Kicz natomiast wkracza na zupełnie nowy poziom. Gdyby tego było mało, mamy hawajskie "Silent Night" czy "Happy Christmas and Many More" w rytmach bossa novy, i to nie w jakiejś subtelnej, alternatywnej postaci. Wyobrażam sobie, że gdyby Terry Gilliam chciał nakręcić film o Franku Sinatrze jako soundtrack wybrałby właśnie taką muzykę.
Trzeba czegoś więcej niż poczucia humoru, by łaskawym okiem spojrzeć na dzieło Weilanda. Trzeba dużej dozy dystansu i otwartości na rzeczy osobliwe, i chyba odrobiny szaleństwa, by polubić "The Most Wonderful Time of the Year". Nie jest to jednak niemożliwe.
Weiland nie robi tego jednak całkiem na poważnie. Wystarczy spojrzeć na klip do "The Most Wonderful Time of the Year", gdzie nasz artysta wygląda jak przerysowana postać z "Mad Menów". Taka też jest cała płyta. Przerysowana. Wszystko co tandetne i tendencyjne jest tu przeciągnięte do granic możliwości z zawodzącym wokalem i cukierkowymi chórkami na czele. Kicz natomiast wkracza na zupełnie nowy poziom. Gdyby tego było mało, mamy hawajskie "Silent Night" czy "Happy Christmas and Many More" w rytmach bossa novy, i to nie w jakiejś subtelnej, alternatywnej postaci. Wyobrażam sobie, że gdyby Terry Gilliam chciał nakręcić film o Franku Sinatrze jako soundtrack wybrałby właśnie taką muzykę.
Trzeba czegoś więcej niż poczucia humoru, by łaskawym okiem spojrzeć na dzieło Weilanda. Trzeba dużej dozy dystansu i otwartości na rzeczy osobliwe, i chyba odrobiny szaleństwa, by polubić "The Most Wonderful Time of the Year". Nie jest to jednak niemożliwe.
Aktualności










