Aktualności

04-10-2012-16:08:41

Maria Peszek - "Jezus Maria Peszek"

Udostępnij! Tweetnij!

Niech sobie w tym hamaku, w tym Bangkoku robi, co chce, jeśli będzie nagrywać tak znakomite płyty jak "Jezus Maria Peszek".
Nie będę się rozwodzić na temat pani Marii jako osoby, wytykać tego, co mówi w wywiadach. Nie interesuje mnie prywatnie, bo czemu i ma. Przecież nie chcę z nią iść na wódkę, tylko chcę posłuchać tego, co stworzyła. A stworzyła kapitalny album. Mocny, wyrazisty, zarówno tekstowo - co w sumie oczywiste - jak i muzycznie. Świetnie, w bardzo wysmakowany sposób wykorzystuje elektronikę ("Ludzie psy"), czasem pokazuje ostrzejsze, iście punkowe oblicze ("Sorry Polsko"). Figluje z radosnym popem ("Padam"), znakomicie czuje się w alternatywy otoczeniu ("Nie ogarniam") i pięknie wypada w lirycznym tonie ("Zejście awaryjne"). Produkcyjnie to natomiast majstersztyk z mnóstwem nieortodoksyjnych rozwiązań, zaskakujących pomysłów i bogactwem detali (jeden z przykładów to "Pibloktoq", który pod koniec jest zupełnie innym utworem niż na początku).

Zgodnie z obietnicą nie jest o seksie. Tym razem jest... o życiu. Jej ("Wyścigówka"), Winehouse (boleśnie trafne spostrzeżenia w "Amy"), naszym ("Sorry Polsko"). Maria Peszek nie mówi o rzeczach łatwych, miłych i przyjemnych. Nierzadko porusza drażliwe, niewygodne kwestie ("Nie wiem czy chcę"). Nie owija jednak w bawełnę, jest dosadna, bezpośrednia, a że jak wiemy fantastycznie radzi sobie ze słowami, potrafi stworzyć niepozorne zbitki o dużej sile rażenie ("męczy mnie Polska, wisi mi krzyż").

Czasem krzyczy, częściej jednak jest delikatna, momentami wręcz eteryczna, co nie umniejsza mocy jej słów. Dużo na tym albumie smutku, mroku, goryczy, ale nie w histerycznym, rozlamentowanym wydaniu. To raczej coś podskórnego, na swój sposób nieprzyjemnego. I naprawdę dobrego.

Udostępnij! Tweetnij!

TAGI: