Aktualności

02-08-2013-14:55:00

Audioriver Festival 2013

Udostępnij! Tweetnij!

Rekordowa edycja Audioriver Festival 2013 – relacja!
Materiały prasowe
Rekordowa edycja Audioriver Festival 2013 – relacja!

Kiedy w 2010 roku pojawiłem się po raz pierwszy w Płocku, już pierwszego dnia wiedziałem co będę robił każdego kolejnego roku pod koniec lipca jeśli tylko nic nie stanie mi na przeszkodzie. Byłem pewien, że będę wracał na płocką plażę, a festiwal Audioriver wpisałem na stałe do kalendarza. Nie inaczej było i w tym roku.

Na początek kilka suchych faktów. Tegoroczna edycja Audioriver Festival miała miejsce w dniach 26-28 lipca. Po raz pierwszy w historii festiwalu zostały wyprzedane wszystkie bilety, a do Płocka zjechało ponad 20 tysięcy fanów muzyki elektronicznej. Organizatorzy po raz kolejny zapewnili sporo atrakcji nie tylko w postaci wieczornych/nocnych koncertów. W trakcie dnia centrum Płocka tętniło życiem i nie można było spotkać tam smutnych twarzy. Na rynku odbywały się targi i warsztaty muzyczne, a dla fanów kina było przygotowanych kilka seansów między innymi „Girl”, któremu towarzyszyło spotkanie z reżyserką. Naturalnie sam rynek, deptaki, uliczki oraz restauracje był przepełnione uczestnikami festiwalu. Nie zabrakło również tańczących ludzi i piany w fontannie, która stałą się już chyba tradycją i stałym elementem dziennej odsłony Audioriver!

Dzień 1.
Festiwale mają to do siebie, że prawie zawsze trzeba z czegoś zrezygnować ponieważ wielu wykonawców nakłada się na siebie. Innymi słowy podstawa to wyznaczyć sobie priorytety i dobrze zaplanować turne pomiędzy scenami. Mój plan na pierwszy wieczór festiwalu przewidywał głównie pobyt pod Main Stage. Rozpocząłem jednak od końcówki występu Marcina Czubali oraz połowy koncertu Steffi w Circus Tent, które okazały się być dobrą rozgrzewką przed tym co miało mnie dopiero czekać tej nocy.

Przed godziną 23:00 przeniosłem się już „na stałe” pod scenę główną, a na niej rozpoczęła swój występ Julia Marcel. Bardzo przyjemny występ pełen ciepła, dobrego kontaktu z publiką i tej niewymuszonej spontaniczności, którą emanuje. Tutaj duży plus dla organizatorów za zapraszanie takich wykonawców bo to jednak mała odskocznia i świeżość patrząc ogólnym okiem na line-up. Spontaniczność to dobra cecha podczas festiwalu nie tylko u wykonawców, dlatego w międzyczasie znalazłem się pod sceną Last.fm Hybrid gdzie swoje rewelacyjne show dawali Astroid Boys. Miażdżący występ pełen energii i świetnego kontaktu z publiką. Jeśli wcześniej wspominałem o rozgrzewce to jednak się myliłem, rozgrzali mnie dopiero AB. Pochwalili się też swoją znajomością języka polskiego. Słowa: „wódka” i „polski sklep” zdecydowanie rozbawiły ludzi pod sceną i chyba dały do myślenia co chłopaki z zespołu robią poza swoim występem... :) Wśród moich znajomych utarło się już nawet powiedzenie “scena Hybrid nigdy nie zawodzi” i zgadzam się z tym w pełni – jeśli nie wiesz co chwilowo ze sobą zrobić, tam zawsze znajdziesz coś dla siebie i raczej nie będziesz stał w miejscu.

Przyszedł czas na najbardziej wyczekiwane przeze mnie koncerty czyli chronologicznie na głównej scenie: GusGus, Netsky oraz Mr. Oizo.

Pierwszy z nich był dla mnie jednym z najważniejszych punktów festiwalu i chciałem obejrzeć ten koncert ze szczególną uwagą jako zagorzały fan Islandii i każdego dźwięku, który stamtąd pochodzi. Występ GusGus był zdecydowanie piękną muzyczną podróżą na bardzo wysokim poziomie. Od początku było czuć, że zespół przenosi nas w zupełnie inny wymiar. Świetna oprawa bez zbędnych świateł i cyrkowych detali. Minimalizm i magia tak można najkrócej określić ten występ. Był to jeden z nielicznych koncertów, który wygodnie przesiedziałem na skarpie skupiając się na każdym dźwięku. Jedyny minus to chyba czas tego koncertu, zdecydowanie za krótko. Osobiście wolę też taką muzykę w wydaniu klubowym gdzie jest bardziej intymnie, tym bardziej, że wokół sceny głównej działo się sporo: deptak i tłumy przechodzących ludzi, po obu stronach inne sceny, oświetlone strefy gastronomiczne itp. - to trochę rozstrajało moją uwagę.

Po koncercie GusGus pozostałem dalej pod sceną główną jednak przeniosłem się znacznie bliżej. Netsky nie zawiódł pod żadnych względem. Rewelacyjna energia rozpierała od pierwszych chwil dosłownie każdego. Na uwagę zasługuje z pewnością MC, który nawiązywał świetny kontakt z publiką i podkręcał atmosferę z każdą minutą. Oprócz niego mogliśmy posłuchać świetnej wokalistyki na żywo, np. w utworze „Come Alive” z drugiej płyty. To o niebo lepsze niż wokal z sampli. Perkusista również nas nie oszczędzał. To jeden z tych koncertów, który zdecydownie rozwiałby wtpliwości wielu osób jakoby muzyka elektroniczna to tylko jedna osoba + komputer + program. Netsky zapewnił potężną dawkę pozytywnej energii i świetnie dopracowane show zarówno pod względem muzycznym jak i oświetleniowym dla odmiany po koncercie GusGus.

Ostatni dla mnie punkt tego wieczoru to oczywiście Mr. Ozio. Tak naprawdę oczywisty był tylko pseudonim na line-upie bo to co otrzymałem podczas tego występu przerosło moje oczekiwania. Bez zbędnych słów mogę stwierdzić, że Quentin Dupieux przesycił mnie każdym swoim dźwiękiem na długi czas. Chwilami miałem wrażenie, że nie nadążam przetwarzać tego co wypluwało z siebie nagłośnienie. Ten koncert przypomniał mi występ Spora podczas Audioriver 2010. Niestety nie da się słuchać wszystkiego i być z dosłownie wszystkim na bieżąco dlatego zarówno Spor wtedy jak i Mr. Oizo podczas tegorocznej edycji nie byli przeze mnie jakoś dogłębnie przesłuchani. Znałem i to mi wystarczało. Oczywiście teraz nie mam już wątpliwości co straciłbym nie będąc pod główną sceną pierwszego dnia/nocy festiwalu.


Dzień 2.

W tym roku mało się przemieszczałem pomiędzy poszczególnymi scenami. Tak wkomponował się akurat line-up w moje gusta i dlatego ostatni, drugi dzień/noc Audioriver do późnych godzin rannych spędziłem również pod Main Stage.

Tym razem lekka rozgrzewka w postaci Submotion Orchestra. Gdybym miał porównywać ten koncert z występem Julii Marcel o podobnej porze pierwszego dnia chyba z niewielką przewagą, ale wygrałoby Sumbotion Orchestra. Przyznam, że w ich soulowo-jazzowych dźwiękach połączonych z elektroniką pływało się wyśmienicie. To taki koncert, na którym można spokojnie zamknąć oczy i po prostu oddać się w całości temu co się słyszy. Organizatorzy festiwalu w moim mniemaniu doskonale potrafią stworzyć odpowiedni poziom doborem i kolejnością wykonawców, a przy tym na początek serwują ciekawe perełki.

Wybiła godzina 23:45, a na scenie pojawił się Paul Kalkbrenner. Zdecydowanie to nazwisko przyczyniło się do wyprzedania wszystkich biletów bo tłum jaki zebrał się na plaży przed główną sceną oraz na skarpie mówił sam za siebie. Ja zdecydowałem się pojawić na tym koncercie ponieważ poprzednim razem, w roku 2011 niestety pogoda nie dopisała i większość jego występu wysłuchałem pod parasolem przemoczony do suchej nitki. Pierwsza połowa koncertu to dla mnie rozczarowanie. Było nudno i monotonnie i bałem się, że to się nie zmieni. Zacząłem butem grzebać w piasku czekając na jakiegoś kopa. Na szczęście coś się ruszyło i Paul zaczął grać bardziej dynamicznie i pojawiły się wszystkim dobrze znane „Aron” czy „Sky and Sand” - pomyślałem „no w końcu...”. Z drugiej jednak strony dużo osób słysząc „Paul Kalkbrenner” myśli „Berlin Calling” i ciągle ta łatka nie może się od niego oderwać. Był to przy okazji jeden z nielicznych koncertów na scenie głównej gdzie była jakaś dodatkowa oprawa, uboga bo raptem kilka pionowych świateł, ale zawsze na plus. Przez dużą różnicę między pierwszą, a drugą częścią występu mam pewien niedosyt. Po takim nazwisku oczekuję od początku do końca konkretnego charyzmatycznego grania , a tak w tym wypadku nie było.

Nie wiem czy niedosyt po Kalkbrennerze sprawił, że się zagapiłem, ale jakimś cudem zostałem przy głównej scenie na koncercie Rudimental zamiast biec pod Circus Tent gdzie zaczynał Richie Hawtin. No zdarza się. Nie żałuję jednak bo mimo iż kompletnie nie zamierzałem być na tym koncercie i nie jestem specjalnie zasłuchany muzyce Rudimental to trzeba oddać Brytyjczykom, że zapewnili mnóstwo dobrej zabawy, a przecież o to też chodzi na festiwalu! Świetny kontakt z publiką i takie utworu jak „Waiting All Night” czy Feel The Love” porwały bez zastanowienia nawet mnie do tańca (rzadko tańczę). Ten koncert utwierdził mnie też w przekonaniu, że cały festiwal Audioriver prezentuje wysoki, ambitny poziom i przede wszystkim jest dla każdego ponieważ akurat na tym występie po mojej lewej Rudimental obserwował sam Leszek Możdżer, po mojej prawej natomiast Honorata „Honey” Skarbek. Świetny kompozytor i pianista jazzowy i wokalistka pop, a pośród nich ja i tysiące innych ludzi świetnie bawiących się w rytmie drum and base – to chyba najlepiej świadczy o tym festiwalu.

To była już druga noc Audioriver, a miałem za sobą w ostatnim czasie inne festiwale i koncerty więc kiedy dobijała godzina 3:00 przyznam, że energia ze mnie powoli uchodziła. Na scenie jednak pojawili się Dirtyphonics. Ich występ można określić jako Astroid Boys z pierwszego dnia tylko z dziesięciokrotnie większą mocą. Nie wiem skąd wziąłem energię aby się poruszać w ich rytmach, ale nie można było ani na moment stać w miejscu. Słyszałem od niektórych osób po koncercie określenie „Dirtyphonics zniszczyli...” - to prawda. Potężna moc okrzesana bardzo „brudnym” basem i konkretną oprawą świateł. Do tego dobry kontakt z publiką sprawił, że scena główna miała godne zakończenie festiwalu (mimo iż po Francuzach występował jeszcze REZA).


Podsumowując tegoroczna edycja festiwalu Audioriver to przede wszystkim frekwencyjny rekord i dalej niezmienny wysoki poziom muzyczny oraz organizacyjny (nie mówię tu o polu namiotowym). Jak wspominałem na początku kiedy wybierałem się po raz pierwszy do Płocka w roku 2010, nie miałem jeszcze wtedy żadnego doświadczenia z festiwalem muzyki elektronicznej. Po pierwszym dniu wpisałem Audioriver na stale do kalendarza i od tamtej pory opuściłem tylko jedną edycję ze względu na prywatne sprawy, a nie brak chęci. Przekroczona w tym roku liczba 20 tysięcy uczestników pokazuje, że festiwal się rozwija i brnie do przodu czego mu bardzo życzę.

Pozostaje tylko teraz wspominać no i do zobaczenia za rok!

autor: Przemysław Patyk

źródło: www.koncertomania.pl

Udostępnij! Tweetnij!

TAGI: