Aktualności
13-09-2013-16:15:16
Janelle Monáe - "The Electric Lady"
Już od kilku lat mówiło się, że to właśnie ona, Janelle Monáe, ma największe szanse, żeby zostać nową królową ambitnego R&B i neo-soulu. Drugi longplay miał być weryfikacją tych aspiracji, a tym samym największym wyzwaniem w jej karierze.
Trzeba przyznać wprost - 28-letnia wokalistka, ale też autorka tekstów, okazjonalnie producentka i przede wszystkim genialna showmanka, udźwignęła ciężar przedsięwzięcia o tytule "The Electric Lady". Czasem za wszystko wystarczyłaby lista gości, w tym przypadku dość krótka, ale jakże wymowna - Prince, Solange, Erykah Badu, Miguel i Esperanza Spalding. Każdy z tych artystów to gwiazda na tyle wielkiego formatu (Prince nawet coś więcej, ikona), że nie zdziwiłoby w ogóle, gdyby skradli show gospodyni. Tymczasem nic z tego, Monáe to już teraz zbyt duży rozmiar kapelusza, by coś takiego mogło się wydarzyć. Największą, najjaśniej świecącą gwiazdą na "The Electric Lady" jest ona sama. Poraża charyzmą, zachwyca talentem, ujmuje głosem, potwierdza wszystkie komplementy, którymi obsypano ją po poprzednim albumie i występach gościnnych.
Jest wiele piosenkarek, które mają fantastyczny wokal, ale za grosz oryginalności. Są takie, które mają urodę, ale do walorów stricte artystycznych trudno już czuć wielką sympatię. Są wybitne tekściarki, za to śpiewające w nieprzekonujący sposób, nudzące. U Monáe wszystko idzie ze sobą w parze, doskonale się zgrywa, każdy aspekt stanowi oddzielny atut. Dlatego też Janelle świetnie wypada zarówno w rockowo-funkowych kompozycjach ("Givin Em What They Love"), gdzie musi pokazać pazur, jak i w spokojniejszej, uczuciowej soulowej stylistyce ("Look Into My Eyes"), jak i groove'owych, jazzowych klimatach (piękne "Dorothy Dandridge Eyes", dedykowane jednej z pierwszych kobiecych wielkich gwiazd kina o afro-amerykańskich korzeniach). To przekłada się na longplay jako całość, na spójną, pełną zwrotów akcji, co przy niemałym rozpięciu brzmień i klimatów wcale tak często nie owocuje czymś ciekawym, a częściej chaotycznym. U niej nic takiego nie ma miejsca, to zestaw dopracowany pod każdym względem. Mało kto współcześnie ma dar łączenia aspiracji artystycznych z komercyjnym pierwiastkiem. Mało kto umie tak wciągnąć słuchacza, zaciekawić go. Właśnie dlatego "The Electric Lady" jest wydawnictwem, które zachwyca dziś, ale bez wątpienia będzie robiło też ogromne wrażenie za rok, a nawet dziesięć lat. Już dziś jestem co do tego w stu procentach przekonany. Panno Monáe, nie ma na co dłużej czekać - czas się ukłonić i przyjąć na głowę koronę królowej.
Jest wiele piosenkarek, które mają fantastyczny wokal, ale za grosz oryginalności. Są takie, które mają urodę, ale do walorów stricte artystycznych trudno już czuć wielką sympatię. Są wybitne tekściarki, za to śpiewające w nieprzekonujący sposób, nudzące. U Monáe wszystko idzie ze sobą w parze, doskonale się zgrywa, każdy aspekt stanowi oddzielny atut. Dlatego też Janelle świetnie wypada zarówno w rockowo-funkowych kompozycjach ("Givin Em What They Love"), gdzie musi pokazać pazur, jak i w spokojniejszej, uczuciowej soulowej stylistyce ("Look Into My Eyes"), jak i groove'owych, jazzowych klimatach (piękne "Dorothy Dandridge Eyes", dedykowane jednej z pierwszych kobiecych wielkich gwiazd kina o afro-amerykańskich korzeniach). To przekłada się na longplay jako całość, na spójną, pełną zwrotów akcji, co przy niemałym rozpięciu brzmień i klimatów wcale tak często nie owocuje czymś ciekawym, a częściej chaotycznym. U niej nic takiego nie ma miejsca, to zestaw dopracowany pod każdym względem. Mało kto współcześnie ma dar łączenia aspiracji artystycznych z komercyjnym pierwiastkiem. Mało kto umie tak wciągnąć słuchacza, zaciekawić go. Właśnie dlatego "The Electric Lady" jest wydawnictwem, które zachwyca dziś, ale bez wątpienia będzie robiło też ogromne wrażenie za rok, a nawet dziesięć lat. Już dziś jestem co do tego w stu procentach przekonany. Panno Monáe, nie ma na co dłużej czekać - czas się ukłonić i przyjąć na głowę koronę królowej.
Aktualności










