Recenzja
08-06-2010-23:36:26
Bon Jovi - "The Circle"
Podziel się na facebooku! Tweetnij!Z nowym albumem, Bon Jovi z miejsca wdarło się na szczyt notowania Billboardu. Nie ma się co dziwić. Panowie wracają w wielkim, rockowym stylu.
Przez wielki mam na myśli stadionowy. Absolutnie każda z piosnek - czy to lekko tendencyjne singlowe " We Weren't Born to Follow", czy "samochodowe" "Superman Tonight" czy okraszona smykami ballada "Live Before You Die", wszystkie zostały napisane tak, że zagrane z pełną mocą głośników i odśpiewane przez tysiące gardeł bez wątpienia objawią swą prawdziwą moc. Moim faworytem, najbardziej nowoczesnym i nawet lekko alternatywnym, jest "Brokenpromiseland", który z rozklaskanym rytmem i stworzonym do chóralnych śpiewów finałem będzie jednym z najjaśniejszych punktów koncertów zespołu.
Utwory na "The Circle" są typowe dla Bon Jovi. Z przytupem, chwytliwymi refrenami, nawiązaniem do "Livin' on a Prayer" ("Work for the Working Man"), wyprodukowane bez fajerwerków, ale z odpowiednią dla mas rockową energią a nawet pazurem. Gitary, czasem nawet dość ostre i szorstkie zdecydowanie wiodą prym, jak chociażby w "Bullet", ale jest też miejsce na nieodłączne syntezatory ("Love's the Only Rule"). No i czeka nas dużo "ooo", "sha la la la", "yeeeah, yeeeah". Może to przez dojrzały już przecież głos Jona, a może przez ten koncertowy potencjał, ale niektóre z kawałków jak nigdy przywołują skojarzenia z dokonaniami najsławniejszego krajana formacji, Bruce'a Springsteena.
Bon Jovi nie okrywają Ameryki, i nawet nie próbują. Za to wykorzystują wszystkie swe największe atuty. Dają sympatykom to, na co czekają, a - jak pamiętamy - 100,000,000 Bon Jovi Fans Can't Be Wrong.
Utwory na "The Circle" są typowe dla Bon Jovi. Z przytupem, chwytliwymi refrenami, nawiązaniem do "Livin' on a Prayer" ("Work for the Working Man"), wyprodukowane bez fajerwerków, ale z odpowiednią dla mas rockową energią a nawet pazurem. Gitary, czasem nawet dość ostre i szorstkie zdecydowanie wiodą prym, jak chociażby w "Bullet", ale jest też miejsce na nieodłączne syntezatory ("Love's the Only Rule"). No i czeka nas dużo "ooo", "sha la la la", "yeeeah, yeeeah". Może to przez dojrzały już przecież głos Jona, a może przez ten koncertowy potencjał, ale niektóre z kawałków jak nigdy przywołują skojarzenia z dokonaniami najsławniejszego krajana formacji, Bruce'a Springsteena.
Bon Jovi nie okrywają Ameryki, i nawet nie próbują. Za to wykorzystują wszystkie swe największe atuty. Dają sympatykom to, na co czekają, a - jak pamiętamy - 100,000,000 Bon Jovi Fans Can't Be Wrong.
>
Aktualności










