Recenzja
18-05-2015-22:09:16
My Morning Jacket - "The Waterfall"
Podziel się na facebooku! Tweetnij!Czasem wystarczą odpowiednie proporcje, równowaga, harmonia, by stworzyć coś zadziwiająco dobrego.
"The Waterfall" to trochę takie My Morning Jacket w pigułce. Indie rock, rock progresywny, folk, psychodelia, alt-country, lata 70., lata 90. i współczesne. Brudne gitary i pojechane klawisze, "leśne" akustyczne dźwięki i oldschoolowe, analogowe brzmienia, wokalne harmonie i rockowy harmider. Muzyka drogi i iście ogniskowe klimaty. Kentucky i Kalifornia. Jack White i The Beach Boys. Wszystkiego po trochu, ale składniki tak dobrze dobrane, że siódma płyty Amerykanów to szalenie przyjemna muzyczna podróż.
Trochę głupio pisać o zespole, który istniej blisko 20 lat, że nagrał dojrzałą płytę, ale jest coś w "The Waterfall", co sprawia, że brzmi, jakby Jim James i spółka zawsze do tego dzieła dążyli. Pomijając czysto dźwiękową warstwę, to materiał szalenie plastyczny, pobudzający wyobraźnie, z napięciem, emocjami. I znów, wszystko w takiej dawce, jak trzeba, właściwie zblinansowane. Co jednak równie ważne, poszczególne numery potrafią zwrócić na siebie uwagę. "Compound Fracture" ze swym śpiewnym refrenem przypomina rockowe hity z lat 70., "Spring (Among the Living)" wciąga niepokojącym klimatem, niemal bluesowo-psychodeliczną dramaturgią, z kolei "Only Memories Remain" przypomina soulową balladę z udziałem Erica Claptona.
Na "The Waterfall" dużo się dzieje, ale najważniejsze, że dużo dobrego. Ten album trochę przypomina album ze zdjęciami z różnych zakątków Ameryki. Raczej nie tych nowoczesnych, miejskich, pełnych zgiełku, lecz tych blisko natury, może ciut zacofanych, ale gdzie ludzie się znają, często razem biesiadują i znajdują przyjemność w tym, co ich otacza. Takich, jak to na okładce.
Trochę głupio pisać o zespole, który istniej blisko 20 lat, że nagrał dojrzałą płytę, ale jest coś w "The Waterfall", co sprawia, że brzmi, jakby Jim James i spółka zawsze do tego dzieła dążyli. Pomijając czysto dźwiękową warstwę, to materiał szalenie plastyczny, pobudzający wyobraźnie, z napięciem, emocjami. I znów, wszystko w takiej dawce, jak trzeba, właściwie zblinansowane. Co jednak równie ważne, poszczególne numery potrafią zwrócić na siebie uwagę. "Compound Fracture" ze swym śpiewnym refrenem przypomina rockowe hity z lat 70., "Spring (Among the Living)" wciąga niepokojącym klimatem, niemal bluesowo-psychodeliczną dramaturgią, z kolei "Only Memories Remain" przypomina soulową balladę z udziałem Erica Claptona.
Na "The Waterfall" dużo się dzieje, ale najważniejsze, że dużo dobrego. Ten album trochę przypomina album ze zdjęciami z różnych zakątków Ameryki. Raczej nie tych nowoczesnych, miejskich, pełnych zgiełku, lecz tych blisko natury, może ciut zacofanych, ale gdzie ludzie się znają, często razem biesiadują i znajdują przyjemność w tym, co ich otacza. Takich, jak to na okładce.
>
Aktualności










