Recenzja
18-05-2009-16:40:29
Beyoncé - "I Am... Sasha Fierce"
Podziel się na facebooku! Tweetnij!Beyoncé tak się przejęła trzecią solową płytą, że postanowiła podzielić ją na dwa kompakty i zaprezentować światu swoje alter ego. Zamieszanie miało zapewne odciągnąć uwagę od samej zawartości muzycznej.
Ta oczywiście nie sprostała oczekiwaniom. Dlaczego oczywiście? Ano dlatego, że wystarczyły single, aby móc w zasadzie w stu procentach przewidzieć jak będzie brzmiał album. Z jednej strony mdłe ballady, z drugiej szybsze kawałki do klubów i na imprezy. I o ile jeszcze ta druga, bardziej bujająca część jakoś się obroniła, to dysk pierwszy swoją miałkością może zmęczyć nawet najbardziej wytrwałych fanów gwiazdy.
Nie umiem tak naprawdę w jakkolwiek racjonalny sposób wytłumaczyć tego, że artystka o takiej pozycji, potencjale i możliwościach decyduje się na wydanie "I Am... Sasha FierceSłuchając kawałków z pierwszego krążka doświadczamy Beyoncé uduchowionej, opisującą tematy ważne dla niej, bliskie przede wszystkim jej sercu. I ok, ale czemu tak szablonowo pod względem tekstów i przede wszystkim czemu na tak nudnych podkładach? To już nie R&B, to już nie czarna muzyka, to płaski, bezduszny, gimnazjalny pop.
Sytuację ratuje odrobinę dysk drugi. Tylko co z tego, skoro w normalnej sklepowej wersji zmieściło się na nim "aż" pięć kawałków, w tym "Diva" będąca kobiecą odpowiedzią na hitowy singiel "A Milli" Lil Wayne'a?! Ledwo człowiek zaczyna się rozkręcać i wychodzić z zamuły, którą B zaserwowała pierwszym krążkiem, przychodzi koniec.
"I Am...Sasha Fierce" to zawód ogromny. Beyoncé zrobiła dwa kroki wstecz w stosunku do swoich poprzednich solówek i dobitnie ukazała, że talent i możliwości znaczą niewiele, gdy nie ma się pomysłu na siebie samą. Ten, który przy okazji nowego albumu miała wokalistka, okazał się niewypałem.
Nie umiem tak naprawdę w jakkolwiek racjonalny sposób wytłumaczyć tego, że artystka o takiej pozycji, potencjale i możliwościach decyduje się na wydanie "I Am... Sasha FierceSłuchając kawałków z pierwszego krążka doświadczamy Beyoncé uduchowionej, opisującą tematy ważne dla niej, bliskie przede wszystkim jej sercu. I ok, ale czemu tak szablonowo pod względem tekstów i przede wszystkim czemu na tak nudnych podkładach? To już nie R&B, to już nie czarna muzyka, to płaski, bezduszny, gimnazjalny pop.
Sytuację ratuje odrobinę dysk drugi. Tylko co z tego, skoro w normalnej sklepowej wersji zmieściło się na nim "aż" pięć kawałków, w tym "Diva" będąca kobiecą odpowiedzią na hitowy singiel "A Milli" Lil Wayne'a?! Ledwo człowiek zaczyna się rozkręcać i wychodzić z zamuły, którą B zaserwowała pierwszym krążkiem, przychodzi koniec.
"I Am...Sasha Fierce" to zawód ogromny. Beyoncé zrobiła dwa kroki wstecz w stosunku do swoich poprzednich solówek i dobitnie ukazała, że talent i możliwości znaczą niewiele, gdy nie ma się pomysłu na siebie samą. Ten, który przy okazji nowego albumu miała wokalistka, okazał się niewypałem.
>
Aktualności










