Recenzja
21-09-2011-21:12:48
John Porter- "Back In Town"
Podziel się na facebooku! Tweetnij!Ależ to jest płyta! John Porter długo (za długo) kazał na nią czekać, ale to, co dostajemy na "Back In Town" sprawia, że momentalnie wybaczamy mu wieloletnią zwłokę.
Na okładce z jednej strony zdjęcie kilkuletniego Johna, z drugiej ponad 60-letniego już polskiego Walijczyka. Wskazówka jest oczywista - czeka nas podróż w czasie. I Porter zabiera nas na wyprawę przez całą swoją karierę, w której nie brakowało znakomitego, dynamicznego, elektrycznego rocka, jak i delikatnych, akustycznych piosenek.
Słychać echa czasów hipisowskich, w których Porter dorastał. Pobrzmiewa rasowy blues (utwór tytułowy), wczesny Van Morrison, country i folk. Jest trochę balladowego Lou Reeda pożenionego z Nickiem Cave'em ("Never Really There"). Z Australijczykiem kojarzy się też "Evil One", a słyszana kilka razy przybrudzona gitara z pazurem kieruje nas w stronę Neila Younga, The Rolling Stones czy wspomnianego Reeda. Nieomylnym pilotem w trakcie podróży jest charakterystyczny głos artysty, malujący poetycką, niepokojącą, dość mroczną aurę. Raz przyspiesza, spiętrza klimat, doprowadzając adrenalinę niemal do wrzenia (niesamowity "In The Middle Of The Night"), w innym momencie zwalnia i uspokaja.
Krążek poza wyjątkową aurą ma w sobie świeżość, lekkość i dynamikę. Słucha się go, a właściwie wchłania się, bezboleśnie i pazernie. Każdy kawałek wzmaga w nas oczekiwanie na kolejny. Nie ma wypełniaczy. Piosenki są na równym, wysokim poziomie. Sekret wyjątkowości polega między innymi na tym, że zdecydowana większość numerów została nagrana analogowo, "na setkę" w zaledwie dwanaście dni. Nie było więc czasu na dłubanie w detalach, trzeba było podejmować szybkie decyzje. Podjęto te właściwe.
Porter miał obok siebie klasowych muzyków, którzy wcześniej wspomagali między innymi Marianne Faithfull, Oasis, Sheryl Crow, natomiast przy konsolecie towarzyszył mu Phill Brown (m.in. Bob Marley, Robert Plant, Dido). Artysta wiedział, czego chce, a mając takich współpracowników, nie mógł polec. Wrócił w wielkim stylu.
Słychać echa czasów hipisowskich, w których Porter dorastał. Pobrzmiewa rasowy blues (utwór tytułowy), wczesny Van Morrison, country i folk. Jest trochę balladowego Lou Reeda pożenionego z Nickiem Cave'em ("Never Really There"). Z Australijczykiem kojarzy się też "Evil One", a słyszana kilka razy przybrudzona gitara z pazurem kieruje nas w stronę Neila Younga, The Rolling Stones czy wspomnianego Reeda. Nieomylnym pilotem w trakcie podróży jest charakterystyczny głos artysty, malujący poetycką, niepokojącą, dość mroczną aurę. Raz przyspiesza, spiętrza klimat, doprowadzając adrenalinę niemal do wrzenia (niesamowity "In The Middle Of The Night"), w innym momencie zwalnia i uspokaja.
Krążek poza wyjątkową aurą ma w sobie świeżość, lekkość i dynamikę. Słucha się go, a właściwie wchłania się, bezboleśnie i pazernie. Każdy kawałek wzmaga w nas oczekiwanie na kolejny. Nie ma wypełniaczy. Piosenki są na równym, wysokim poziomie. Sekret wyjątkowości polega między innymi na tym, że zdecydowana większość numerów została nagrana analogowo, "na setkę" w zaledwie dwanaście dni. Nie było więc czasu na dłubanie w detalach, trzeba było podejmować szybkie decyzje. Podjęto te właściwe.
Porter miał obok siebie klasowych muzyków, którzy wcześniej wspomagali między innymi Marianne Faithfull, Oasis, Sheryl Crow, natomiast przy konsolecie towarzyszył mu Phill Brown (m.in. Bob Marley, Robert Plant, Dido). Artysta wiedział, czego chce, a mając takich współpracowników, nie mógł polec. Wrócił w wielkim stylu.
>
Aktualności










