Recenzja
23-05-2012-16:09:25
Marilyn Manson - "Born Villain"
Podziel się na facebooku! Tweetnij!Każde ekstremum, jeśli podawane jest w zbyt dużej dawce, przestaje szokować, a zaczyna nudzić. Proste jak drut, a jednak niektórzy nie są w stanie tego pojąć.
Nie potrafią tego zrozumieć chociażby deathmetalowcy, dlatego większość płyt w tej stylistyce po pięciu minutach słuchania wywołuje ziewanie, a może nawet drzemkę. Tej zasady nie kuma także Marilyn Manson, który przyjąwszy w latach 90. prowokacyjny image i "szokującą", "wulgarną", "ekstremalną" estetykę swej muzyki od prawie dwudziestu lat nie jest skłonny odpuścić ani o centymetr.
Najodważniejszym eksperymentem Mansona pozostaje do dzisiaj "Mechanical Animals" z 1998, gdzie czerpiąc garściami z twórczości Davida Bowiego w zaskakująco skuteczny sposób poszerzył brzmienie swojego zespołu i złożył elegancki ukłon w stronę glamrockowej przebojowości. Później jednak zamknął się w swoim malutkim, industrial-gothic-rockowym ogródku i orał go w tę i z powrotem, w tę i z powrotem. I chociaż twierdzi, że "Born Villain" jest dlań wynalezieniem siebie od podstaw, transformacją, "urządzaniem na nowo opróżnionego pokoju", album okazał się znowu tym samym, obleśnym, zakochanym w sobie Mansonem.
Jasne, można doszukiwać się na przykład echa lat 80. w takim "The Gardener", gdzie zwrotka zaaranżowana jest quasi-zimnofalowo. W "Slo-Mo-Tion" pojawiają się z kolei zaśpiewy w falsecie, nasuwające skojarzenia z Eagles Of Death Metal. Czyli coś niby się tu dzieje. Ale i tak już od 8 sekundy tego albumu słyszymy niezmiennie syntetyczne bębny, chwilę później wchodzi niezmiennie jęczący, rzucający fuckami pan wokalista, a w końcu w refrenie następuje gitarowy atak o niezmiennym od lat brzmieniu. I tak, niestety, do końca tej godzinnej, upierdliwej i męczącej płyty. Żadnego ratunku pod postacią przeróbki Soft Cell czy Eurythmics. Wyłącznie "urodzony czarny charakter", Brian Warner, w autorskim hymnie na swoją cześć.
Oczywiście zarzucanie artyście wierności własnemu stylowi może być zabiegiem karkołomnym, a niektórzy wielcy są wielkimi właśnie dlatego, że zawsze pozostają sobą. Nie jestem jednak skłonny stawiać grupy Marilyn Manson w jednej lidze z AC/DC czy nawet Motörhead. To klasycy, którzy stworzyli brzmienie rocka. A Manson to przebrzmiała gwiazda lat 90., która nie zauważyła, że od paru lat jej płyty sprzedają się coraz gorzej.
Tylko dla największych zapaleńców.
Najodważniejszym eksperymentem Mansona pozostaje do dzisiaj "Mechanical Animals" z 1998, gdzie czerpiąc garściami z twórczości Davida Bowiego w zaskakująco skuteczny sposób poszerzył brzmienie swojego zespołu i złożył elegancki ukłon w stronę glamrockowej przebojowości. Później jednak zamknął się w swoim malutkim, industrial-gothic-rockowym ogródku i orał go w tę i z powrotem, w tę i z powrotem. I chociaż twierdzi, że "Born Villain" jest dlań wynalezieniem siebie od podstaw, transformacją, "urządzaniem na nowo opróżnionego pokoju", album okazał się znowu tym samym, obleśnym, zakochanym w sobie Mansonem.
Jasne, można doszukiwać się na przykład echa lat 80. w takim "The Gardener", gdzie zwrotka zaaranżowana jest quasi-zimnofalowo. W "Slo-Mo-Tion" pojawiają się z kolei zaśpiewy w falsecie, nasuwające skojarzenia z Eagles Of Death Metal. Czyli coś niby się tu dzieje. Ale i tak już od 8 sekundy tego albumu słyszymy niezmiennie syntetyczne bębny, chwilę później wchodzi niezmiennie jęczący, rzucający fuckami pan wokalista, a w końcu w refrenie następuje gitarowy atak o niezmiennym od lat brzmieniu. I tak, niestety, do końca tej godzinnej, upierdliwej i męczącej płyty. Żadnego ratunku pod postacią przeróbki Soft Cell czy Eurythmics. Wyłącznie "urodzony czarny charakter", Brian Warner, w autorskim hymnie na swoją cześć.
Oczywiście zarzucanie artyście wierności własnemu stylowi może być zabiegiem karkołomnym, a niektórzy wielcy są wielkimi właśnie dlatego, że zawsze pozostają sobą. Nie jestem jednak skłonny stawiać grupy Marilyn Manson w jednej lidze z AC/DC czy nawet Motörhead. To klasycy, którzy stworzyli brzmienie rocka. A Manson to przebrzmiała gwiazda lat 90., która nie zauważyła, że od paru lat jej płyty sprzedają się coraz gorzej.
Tylko dla największych zapaleńców.
>
Aktualności










