Recenzja

31-08-2013-17:11:21

Shpongle - "Museum of Consciousness"

Podziel się na facebooku! Tweetnij!

Co kilka lat, począwszy od 1996 roku, otrzymujemy zaproszenie do Shponglelandu. Piąta wyprawa po tej nibylandii, bogatszej niż kraina Oz i bardziej psychodelicznej niż humor Kapelusznika, jest zarazem wycieczką po siedmiu zakątkach umysłu. Aż szkoda, że tylko po siedmiu.
Projekt Shpongle, za który odpowiada Simon Posford - lama psychodelicznego transu i Raja Ram - psychodeliczny weteran przełomu 60/70 jest ikoną psybientu - połączenia ambientu, world music, transu - stylów złączonych psychodeliczną klamrą. Jest tak samo ważny i kreatywny jak Pink Floyd czy Led Zeppelin w swych czasach.

Te słowa miały oddać powagę chwili i dostojność z jaką trzeba przyjąć piąty album formacji, ale nie przesadzajmy z tą muzealną patetycznością. Bo Shpongle to chochlik, żartowniś, intruz w nawiedzonym umyśle. Wraz z nim odwiedzamy siedem zakamarków świadomości, w których potrafią skryć się ludzkie uczucia, myśli, emocje.

Ale czy za sprawą tej PR-owej otoczki warto po raz piąty zaglądać w psychodeliczny kalejdoskop?
Takie pytanie mógłby zadać jedynie laik, bo z płyty na płytę Shpongle się zmienia. Niezmienne jest kreacja nastroju i nerw, z jakim budowana jest melodyczna mozaika, jednakże każdy kolejny album powstaje z coraz drobniejszych elementów. Efekt układanki jest za każdym razem oszałamiający i wymagający więcej czasu na jego przyswojenie.

Wydaje się, że "Museum..." jest najtrudniejszą płytą w ich dorobku. Na pewno wymaga wielu przesłuchań, by zaczęła wpadać w ucho a skomplikowane aranżacje zagnieżdżały się w pamięci. Zarazem to najbardziej organiczna płyty grupy a przez to przyswajalna dla osób nienoszących fluorescencyjnych garniturów i wręcz idealna do grania na żywo.

Po świetnym koncercie uwiecznionym na DVD Posford i Rothfield stworzyli materiał, którego nie przytłacza studyjna perfekcja i choć każdy utwór to produkcyjna perła, muzycy postawili na żywe instrumenty, te tradycyjne (akustyczna, elektryczna i basowa gitara, perkusja czy będące znakiem firmowym grupy flety) jak i te bardziej egzotyczne (głównie perkusyjne) choć obowiązkowo poddane cyfrowym modyfikacjom.

Ale to nie koniec zmian: tak zakręconych tytułów jeszcze w dyskografii Shpongle nie było, a by zobrazować ich psychodeliczną wymowę odeślę Was do filmu Terry'ego Gilliama "The Imaginarium of Doctor Parnassus". Co więcej, po raz pierwszy każdy z utworów to odrębna historia (rozdzielone tradycyjnymi przerwami a nie przemiksowane jeden w drugi), zaś dwa pierwsze, oparte na klubowym bicie, być może wyrażają tęsknotę Posforda za jego transowym wcieleniem - Hallucionogen. Mam taką nadzieję. A zarazem liczę, że odbiorca bardziej wyrafinowanych odmian rocka odnajdzie echa psychodelicznych przodków a przetworzona na dźwięk złożoność ludzkiego umysłu w formie psylocybinowej elektroniki nie będzie jakimś barwnym acz przerażającym smokiem nie do pokonania.

>

Podziel się na facebooku! Tweetnij!

TAGI: shpongle