Recenzja

08-07-2015-23:09:01

Leon Bridges - "Coming Home"

Podziel się na facebooku! Tweetnij!

Jeśli nie chcesz popadać w banał i włączać na randce wyświechtanych romantycznych kawałków, z odsieczą przybywa Leon Bridges.
"Coming Home", debiutancki album Teksańczyka, to cudowna podróż do lat 50. i 60. Do granej w tamtych czasach muzyki pop. Trochę swingu, twista, trochę soulu, bluesa, sporo gospel i R&B. Klimat starych trzeszczących płyt i ciepłe, organiczne brzmienia. Na płycie królują żeńskie chórki, bulgoczący bas, frywolne dęciaki i całkiem śmiałe gitary oraz oczywiście elegancki, głęboki głos Leona. Jest w tym odpowiednia dawka szyku i słodyczy. Idealna mieszanka na intymną kolację z tańcami. On w wykrochmalonej koszuli, ona w sukience w grochy, unoszący się zapach placka z wiśniami i nieśmiałe spojrzenia.

Zazwyczaj, gdy muzycy sięgają po pomysły z przeszłości, starają się połączyć te retro-inspiracje z czymś współczesnym, przełamać staromodne rozwiązania innowacjami. Odświeżyć, odmłodzić dopasować do współczesnych trendów. Bridges wręcz przeciwnie. Słuchając "Coming Home" można odnieść wrażenie, że zrobił wszystko, by płyta nie różniła się niczym od nagrań sprzed ponad 50 lat. By nie była skażona nowoczesnością. "Shine" z lekko rozszalałą perkusją urzeka psychodelicznym sznytem, skoczne "Flowers" przywołuje skojarzenia ze szkolnymi potańcówkami znanymi z filmów, a "Smooth Sailin'" pięknie flirtuje z rock and rollem. W sumie każda piosenka ma w sobie coś wyróżniającego, unikatowego. A to "doouapowe" zaśpiewy, a to zawadiacki saksofon. Raz bardziej romantycznie, balladowo, raz raczej surowo.

W latach 60. Leon Bridges byłby jednym z wielu czarnoskórych chłopaków śpiewających piosenki o miłości. Dziś jest wokalistą, który garściami, bezwstydnie czerpiąc z przeszłości, wnosi do muzyki coś świeżego, nietuzinkowego, prawdziwego i naturalnego.

>

Podziel się na facebooku! Tweetnij!