Recenzja
23-04-2010-23:37:08
Kate Nash - "My Best Friend Is You"
Podziel się na facebooku! Tweetnij!Nagrać świetny debiut to dopiero połowa drogi do sukcesu. O wiele trudniej jest nagrać drugi równie udany album. Kate Nash poradziła sobie z tym, hmmm, średnio.
Jej pierwsza płyta była rzeczywiście sporym wydarzeniem. Dziewczyna wykazała się i głosem, i tekstami i, co najważniejsze, wydawało się, że ma pomysł na siebie. Słuchając "My Best Friend Is You" pojawiają się wątpliwości głównie w tej ostatniej kwestii. Zamiast energii i charyzmy pojawiła się bowiem kalkulacja i produkt.
Już pierwsze dwa numery z płyty zdradzają, że zamiast podążać drogą niezależnego folk-popu, Kate woli soul w stylu najpopularniejszych na Wyspach panienek typu Amy Winehouse i Duffy. To nie brzmi najlepiej, bo Nash nie ma aż tak dobrego głosu jak wyżej wymienione. Przez to wydawnictwo traci na świeżości. Całe szczęście, że za sprawą produkcji Bernanda Butlera (współpracującego zresztą wcześniej z Duffy) mamy do czynienia z bardzo dobrą muzyką. Wysmakowaną, opartą o przyjemne partie pianina, delikatną perkusję, delikatnie marzycielski klimat.
Za to można Nash pochwalić. Przecież mogłaby zrobić electro-pop w stylu La Roux. Mogłaby pójść w klimat modnego na Wyspach grime'u. Mogłaby być na siłę oryginalna. Zdecydowała się na rzecz, która dwa-trzy lata temu z pewnością by była wydarzeniem. Jak na wiosnę 2010 roku jest jedynie niezłą płytą. A niezła w przypadku tak intrygującej dziewczyny, jak Kate Nash to jednak trochę za mało.
Aha - przyjaźń. Fajna rzecz. I w sumie Kate się do tego nadaje. Teksty wciąż ma naprawdę świetne. Wydaje się twardo stąpać po ziemi. Jak wpadnie do Polski na koncert z przyjemnością zaproszę ją na piwo.
Już pierwsze dwa numery z płyty zdradzają, że zamiast podążać drogą niezależnego folk-popu, Kate woli soul w stylu najpopularniejszych na Wyspach panienek typu Amy Winehouse i Duffy. To nie brzmi najlepiej, bo Nash nie ma aż tak dobrego głosu jak wyżej wymienione. Przez to wydawnictwo traci na świeżości. Całe szczęście, że za sprawą produkcji Bernanda Butlera (współpracującego zresztą wcześniej z Duffy) mamy do czynienia z bardzo dobrą muzyką. Wysmakowaną, opartą o przyjemne partie pianina, delikatną perkusję, delikatnie marzycielski klimat.
Za to można Nash pochwalić. Przecież mogłaby zrobić electro-pop w stylu La Roux. Mogłaby pójść w klimat modnego na Wyspach grime'u. Mogłaby być na siłę oryginalna. Zdecydowała się na rzecz, która dwa-trzy lata temu z pewnością by była wydarzeniem. Jak na wiosnę 2010 roku jest jedynie niezłą płytą. A niezła w przypadku tak intrygującej dziewczyny, jak Kate Nash to jednak trochę za mało.
Aha - przyjaźń. Fajna rzecz. I w sumie Kate się do tego nadaje. Teksty wciąż ma naprawdę świetne. Wydaje się twardo stąpać po ziemi. Jak wpadnie do Polski na koncert z przyjemnością zaproszę ją na piwo.
>
Aktualności










