Recenzja
12-04-2012-20:25:56
Ceremony - "Zoo"
Podziel się na facebooku! Tweetnij!"Kupili" mnie bardzo szybko - riffem do otwierającego płytę numeru "Hysteria". A dalej wcale nie jest gorzej.
Istniejąca od 2005 roku amerykańska kapela z Kalifornii skupia w swojej muzyce elementy punka, hard core'a, alternatywnego rocka. Ceremony ma w sobie coś i z Black Flag, i Wire, i Gang Of Four, i deczko z brytyjskiej nowej fali. I z Sex Pistols, jeśli chodzi o wykrzykiwane, z taką trochę olewającą manierą i przeciąganiem, słowa przez wokalistę Rossa Farrara.
Przesterowane gitary tną uszy niemal cały czas, zaś nad nimi unosi się wokal Rossa. Trochę z oddali, z tła, jakby czasem śpiewał przez słuchawkę telefoniczną. Muzyka z "Zoo" jest niezwykle dynamiczna, bezkompromisowa i bezpośrednia, jak przystało na spadkobierców najlepszych tradycji punkowych i hardcore'owych. Piosenki w zdecydowanej większości krótkie i treściwe, które na pewno nie zdążą znudzić. Momenty na oddech pojawiają na płycie nieliczne. A jeśli się pojawią, to zalatują właśnie Gang Of Four i Wire ("Hotel"), trochę Pixies, i trwają niezbyt długo. Jest nawet ociupinka rockabilly na początku "Community Service". "Zoo" to taka płyta, która po parokrotnym przesłuchaniu dość mocno zapada w pamięć. Pomysł na siebie Ceremony mają z pewnością ciekawy.
W zoo Amerykanów może zbyt wielkiej różnorodności nie ma, ale to, co mają nam do zaoferowania jest dobre jakościowo, konkretne i podane z dużą mocą. Muzycy twierdzą, że to ich pierwszy album brzmiący tak, jak sobie wymarzyli. Mam nadzieję, że nie ostatni.
Przesterowane gitary tną uszy niemal cały czas, zaś nad nimi unosi się wokal Rossa. Trochę z oddali, z tła, jakby czasem śpiewał przez słuchawkę telefoniczną. Muzyka z "Zoo" jest niezwykle dynamiczna, bezkompromisowa i bezpośrednia, jak przystało na spadkobierców najlepszych tradycji punkowych i hardcore'owych. Piosenki w zdecydowanej większości krótkie i treściwe, które na pewno nie zdążą znudzić. Momenty na oddech pojawiają na płycie nieliczne. A jeśli się pojawią, to zalatują właśnie Gang Of Four i Wire ("Hotel"), trochę Pixies, i trwają niezbyt długo. Jest nawet ociupinka rockabilly na początku "Community Service". "Zoo" to taka płyta, która po parokrotnym przesłuchaniu dość mocno zapada w pamięć. Pomysł na siebie Ceremony mają z pewnością ciekawy.
W zoo Amerykanów może zbyt wielkiej różnorodności nie ma, ale to, co mają nam do zaoferowania jest dobre jakościowo, konkretne i podane z dużą mocą. Muzycy twierdzą, że to ich pierwszy album brzmiący tak, jak sobie wymarzyli. Mam nadzieję, że nie ostatni.
>
Aktualności










