Aktualności

13-03-2019-00:07:00

Co The Prodigy z Keithem Flintem zmieniło w muzyce?

The Prodigy fot. Rafał Grodek

Podziel się na facebooku!

4 marca 2019 roku świat muzyki doznał niemałego wstrząsu – Keith Flint, wieloletni lider i twarz jednego z największych zespołów sceny muzyki elektronicznej, The Prodigy, odebrał sobie życie. Dzięki charakterystycznemu image’owi scenicznemu zmarłego muzyka, nazwę zespołu kojarzył chyba każdy fan muzyki na świecie. Co The Prodigy z Keithem Flintem zmieniło w muzyce?

The Prodigy zostało założone przez Liama Howletta, Keitha Flinta oraz Leeroya Thornhilla i Keitha Palmera w 1989 roku. Już kilka lat później objawiło się, jako największa ikona rave i muzyki elektronicznej na świecie. Popularnością dorównywali największym ówczesnym gwiazdom sceny rockowej, co już samo z siebie zasługuje na uwagę, bo przecież rave i pokrewne klimaty to domena klubów i sceny undergroundowej.

Zespół już w rok po powstaniu podpisał kontrakt z wytwórnią XL Records, co kilkanaście miesięcy później zaowocowało wydaniem pierwszej EP-ki, „What Evil Lurks”. Miłośnicy sceny undergroundowej momentalnie się na nią rzucili. Świat muzyki komercyjnej usłyszał jednak o The Prodigy dzięki ich pierwszemu albumowi, „Experience”, wydanemu 28 września 1992 roku.

Ale zanim tak się stało, zespół ugruntował swoją pozycję hegemona sceny undergroundowej poprzez niezwykle żywiołowe i roztańczone akty koncertowe. Był to wówczas zaskakujący ewenement, gdyż wykonawcy pokrewnej muzyki ograniczali się w zasadzie tylko do show za konsolą. Tańczący wraz z publicznością Maxim (Keith Palmer), Leeroy Thornhill i Keith Flint byli tym, co pozwoliło The Prodigy na zyskanie potężnej rozpoznawalności.

Na debiutanckim albumie Brytyjczyków znajdował się utwór „Charly”, który wydany jako singiel zdobył trzecie miejsce na krajowych listach przebojów. To właśnie było przełomem, który pokazał The Prodigy szerokiej, masowej publiczności, a ta momentalnie pokochała szalonych mistrzów rave i ich dźwiękowe zabawy. Czego tam nie było – breakbeaty podbijane huczącymi basami, ciekawymi frazami wokalnymi, a wszystko to do rytmu narzucanego przez ostre, metaliczne wręcz syntezatory dla równowagi konfrontowane z klawiszami i przeróżnymi elektronicznymi przeszkadzajkami. Skostniała nieco do tej pory scena elektro i rave przyjęła The Prodigy jak objawienie, które miało zbawić gatunek i dać mu nowe życie. I tak było w rzeczywistości.

Zanim The Prodigy zaczęło być kojarzone z wizerunkiem Keitha Flinta, zdążyło już ugruntować swoją pozycję następnym wydawnictwem, „ Music For The Jilted Generation”. Album podbił listy przebojów w Wielkiej Brytanii, a Liam z kolegami poszerzyli swój arsenał rażenia. Zachowali hardcoreową motorykę z poprzednich wydawnictw jednocześnie otwierając się na inne klimaty. Mieliśmy tam do czynienia z czysto radiowymi wokalami (jako dodatek), klasyczną rockową gitarą, ale także… fletem. Doskonale przyjęte zostały postindustrialne sample lub dźwięki otoczenia, a także użycie żywej perkusji. Jednocześnie styl The Prodigy został uzupełniony o sznyt techno, który świetnie się uzupełniał z nutą rave i elektro, nadal zachowaną przez zespół.

Podkreśleniem wyjątkowości zespołu był fakt, iż w 1995 roku z powodzeniem gościł na Glastonbury i innych, czysto rockowych, festiwalach. Roczna trasa po Europie, USA i Australii tylko nakręciła energetycznych Brytyjczyków do dalszego działania, czego efektem było wydanie bodajże najdoskonalszego dzieła, „The Fat of the Land”. Krążek był promowany m.in. singlem „Firestarter”, w którym Keith Flint wystąpił w roli lidera zespołu, a jego charakterystyczny image techno-punka na zawsze wrył się w pamięć milionów widzów. Album „The Fat of the Land” sprawił, że nawet przeciętny fan muzyki zapytany o The Prodigy skojarzy nazwę zespołu z twarzą Keitha Flinta.

Howlett, Flint, Thornhill i Maxim stali się czymś więcej, niż zespołem. The Prodigy stało się muzycznym ewenementem, kapelą, która była zjawiskiem. Ich nieustanne ewolucje muzyczne sprawiły, że zespół można było uznać za ojca niezwykłego pomieszania gatunków - rocka i szeroko pojętej muzyki tanecznej. Po wydaniu „The Fat of the Land” chłopaki rzucili się w wir koncertowania, a w 1998 roku zostali uznani za najlepszy zespół muzyki dance w Wielkiej Brytanii (BRIT Awards). Takie wyróżnienia otrzymują tylko najwięksi.

Mimo że następne lata były okresem perturbacji w szeregach The Prodigy, np. odejście Thornilla, czy samodzielne wypuszczenie przez Howletta pod szyldem zespołu albumu  „Always Outnumbered Never Outgunned”, to zespół stanął ponownie na nogi jako trio w 2015 roku. Wówczas ukazał się szósty, niezwykle ciepło przyjęty zarówno przez krytyków i fanów album, „The Day Is My Enemy”. Wydana wiosną płyta zadebiutowała na krajowych listach na pierwszym miejscu notowania UK Albums Chart, a dzięki sprzedaży 100 tysięcy egzemplarzy na Wyspach album osiągnął status złotej płyty. Na tak doskonałe powroty po latach stać tylko największych, a The Prodigy tym samym udowodniło swoją potęgę.

Dyskografię zespołu zamyka wydana niespełna 2 lata temu płyta „No Tourists”. Płyta, która będzie już na zawsze ostatnim albumem z udziałem zmarłego Flinta podzieliła niezwykły sukces poprzednika i także zadebiutowała na pierwszym miejscu notowania UK Albums Chart. Był to siódmy z rzędu albumem The Prodigy, który tego dokonał (!) – naprawdę niesamowite osiągnięcie, ale zespół ma na koncie jeszcze kilka innych, równie spektakularnych odiągnięć.

Ich trzeci album, „The Fat of The Land”, sprzedał się w liczbie 317 tys. kopii w pierwszym tygodniu od swojej premiery (w USA było to 200 tys.), stał się jedynką list przebojów w 20 krajach, a do The Prodigy należy Rekord Guinessa – w kwietniu 1996 roku wszystkie dotychczas wydane single kapeli znajdowały się w pierwszej setce krajowej listy przebojów.

To The Prodigy jest liderem wśród brytyjskiej sceny rave i dance, jeżeli chodzi o liczbę hitów, które znalazły się w ścisłej 15-ce list przebojów – trafiało tam, aż 12 numerów, począwszy od „Charly” w 1991 roku, aż po szalenie kontrowersyjny w momencie premiery „Smack My Bitch Up”. Liam Howlett powiedział kiedyś:

Nie chcę zabrzmieć przemądrzale, ale uważam, że The Prodigy powinno być odbierane jako bardzo ważny zespół w ujęciu kulturowym. Wydaje mi się, że jesteśmy tak samo istotni i zasłużeni dla muzyki jak choćby Blur czy Oasis. To nie jest tak, że domagam się więcej szacunku, po prostu my stworzyliśmy całą kulturę, a świat zdaje się o tym nie pamiętać…”.

Nazwa The Prodigy, prawdopodobnie już na zawsze, będzie przywoływała Keitha Flinta i jego charakterystyczny wizerunek. Warto jednak pamiętać, że Flint był członkiem kapeli, która dzięki nowatorstwu i przebojowym koncertowym show przez moment była najbardziej znanym zespołem na świecie. Czas pokaże, czy pozostała cześć tych mistrzów rozbujanej nuty elektro sprosta swojej legendzie w okrojonym składzie. Mogą przecież liczyć na wsparcie milionów wychowanych przez siebie fanów.


źródło: Maciej Chrościelewski / koncertomania.pl
13-03-2019-00:07:00

Podziel się na facebooku!


newsy.