Recenzja

21-02-2010-23:29:42

Lostprophets - "The Betrayed"

Podziel się na facebooku! Tweetnij!

Miewam taką fantazję. Pusta droga, szybki samochód i debiutancki longplay Lostprophets w wypasionym sprzęcie audio. Przy czwartej płycie muzyka Walijczyków nadal ma w sobie to coś, co sprawia, że zaczynam marzyć o niemieckich autostradach.
"The Betrayed", najnowsza propozycja kapeli, to już tradycyjnie przede wszystkim potężny rockowy kopniak. Niezmiennie czekają nas wykrzyczane refreny, soczyste acz niekoniecznie finezyjne riffy wzmocnione klawiszami i kupa melodyjnego hałasu. Panowie wciąż najlepiej sprawdzają się w tych ostrzejszych, bardziej wściekłych kawałkach, typu "Dstryr/Dstryr" i "Next Stop, Atro City" nie sposób jednak przejść obojętnie obok tych bardziej popowych, jak idealnie singlowy "It's Not the End of the World, But I Can See It from Here" czy motoryczny "A Better Nothing" .

Chociaż mamy do czynienia z prostymi numerami, wykrzesana przez skomasowane gitary energia i wrzaski Iana Watkinsa są zaraźliwe. Człowiek mimowolnie zaczyna machać głową i podskakiwać. To taka muzyczna superwitamia, po przyjęciu której można przekopywać ogródki lub nosić cegły. Dla urozmaicenia, acz z zachowaniem kluczowych dla Lostprophets elementów, czeka nas utrzymane w stylu Green Day dramatyczno-epickie "Where We Belong" i przypominające "Lust for Life" Iggy'ego Popa "Streets of Nowhere". Jest też częściowo balladowe, pełne emocji "The Light That Shines Twice as Bright...", które na pewno poszerzy grono fanów grupy o kilka przedstawicielek płci pięknej.

Stylizowaną na filmowy plakat okładką artyści mogą sugerować, iż muzyka z krążka doskonale nadawałaby się do hollywoodzkich produkcji. I mieliby rację. To ich piosenki nie Linkin Park powinny towarzyszyć walkom Transofrmersów bądź innych gigantów. Lostprophets jest jedną z tych nielicznych formacji, która bazując od 10 lat na tych samych patentach, potrafi przekuć je w kapitalne, bezpośrednie, nieskompilowane, diablo chwytliwe utwory.

Walijczycy nigdy nie przebili się do pierwszej ligi. Ich albumy zawsze były nierówne, trochę zbyt chaotyczne i na "The Beatrayed" nic się w tej kwestii nie zmieniło. Co jednak ważniejsze nie zmieniła się też ich smykałka do pisania zgrabnych melodii i zdolność zmieniania ich w rockowe bestie.

>

Podziel się na facebooku! Tweetnij!